Pod Grzechoczącymi Koścmi

Strona główna

MENU

SONDA

10

Mar 10

2 miejsce w konkursie Dragon Age: Początek

Dragon Age
O powiadanie
„Imperium Tevinterskie kawaek po kawaku zdobyo cae ł ł ł ł wschodnie wybrzeże.
Podporządkowując sobie wszystkie ludy zamieszkujące ten obszar, niosły jednocześnie
kulturę, postęp i stabilność. Największe znaczenie na tych terenach miało miejsce o nazwie
Denerim. Z początku był to jedynie nieduży fort, ale cesarz Tegrius postanowił podkreślić
swoją władze nad całym wybrzeżem i nakazał wybudować imponującą wieżę. Jej konstrukcją
zajęli się najpotężniejsi magowie imperium. Decyzja ta okazała ze wszech miar słuszna gdyż
podczas powstania Sartakusa tylko wieża uchroniła przed utratą kontroli nad całym
regionem.”
Acred Lorenthal – Historia Cesarstwa


Sareth był złodziejem. Mimo, że miał dopiero 23 lata, wcale znanym i
cenionym ( oczywiście tylko w pewnych kręgach ). Dlatego mógł sobie
pozwolić na wybieranie zleceń. Ze względu na wykonywaną profesję rzadko
oglądał słońce. Chyba, że tak jak teraz – w trakcie podróży. Sprawiało to, że
czuł się trochę nieswojo jadąc w świetle dnia po pustej drodze. Po jego lewej
stronie rozciągała się bezkresna równina, a po prawej las Brecilian. Jego
niepokój budził właśnie las, słynący z gęstości dawał dużo cienia. Przez co
widoczność ograniczała się do kilkunastu metrów. Wiedział, że w Breclianie
ukrywają się zbiegli niewolnicy i polują na podróżnych. Dodatkowo cały czas
miał wrażenie, że jest obserwowany. Swoją nadzieję na przeżycie tej podróży
opierał na swoim stroju. Był, bowiem ubrany w łachmany, dla własnego
komfortu czyste, ale sugerujące, że noszący je osobnik niema tenara przy
duszy. Dwie godziny później okazało się, że jego obawy były uzasadnione. Na
środku drogi stał wóz, bez koni, za to z wbitymi kilkoma strzałami. Zwłoki
woźnicy leżały przed wozem, drugi trup spoczywał w środku. Byli to kupcy,
najprawdopodobniej z Lothering. Nagle zdał sobie sprawę, że buntownicy nie
zostawiają strzał – żyjąc w puszczy nie tak łatwo o dobrej jakości groty i
pióra.
– Pokażcie się – krzyknął zanim zdążył pomyśleć.
Przyszło mu na myśl, że powinien raczej krzyknąć: „nie róbcie mi krzywdy”,
gdy spomiędzy drzew wyłoniło się nagle około 20 elfów. Było to dla niego
lekkim szokiem, spodziewał się raczej dwóch, trzech osób. Najwyraźniej
legendarne umiejętności elfów w bezszelestnym poruszaniu się po lesie, nie
były przesadzone. Jednak tym, co najbardziej zdziwiło złodzieja był ubiór
buntowników. Przeciętny zbiegły niewolnik był brudny, wychudzony, ubrany
w łachmany takie, jakie miał teraz na sobie. Tymczasem ci tutaj
przypominali raczej regularne wojsko, świetnie zorganizowani, noszący
solidne skórzane zbroje, a w rękach trzymający wycelowane w niego duże
refleksyjne łuki.
– Mówią na mnie Sartakus, a jak zwą ciebie? – zapytał jeden z elfów.
Wyraźnie różnił się od reszty, wyglądał na starszego. Nosił czarną stalową
zbroję, wyryte na niej runy wskazywały, że ma kilkaset lat. Sareth nie
spodziewał sie takiego pytania od buntowników, ale oczywiście miał
przygotowaną odpowiedź.
– Nazywam się Gredius, pochodzę Lothering. To ma jakieś znaczenie?
– Skądże, pytałem z grzeczności. I pewnie podróżujecie do Denerim?
– Tą drogą można jechać tylko do Denerim.
– Oczywiście, a więc życzę spokojnej podróży – elf już się odwracał, gdy
Sareth nie wytrzymał.
– Tylko tyle, tak po prostu mnie puścicie? Czemu tych kupców nie
puściliście?
– Kupcy mieli cenne towary, a ty nie wyglądasz na kogoś kto ma cokolwiek.
Poza tym mam ważniejsze zajęcia niż okradanie wszystkich podróżnych. Czy
ta odpowiedź cię satysfakcjonuje Grediusie z Lothering?
– Tak – wbrew temu, co powiedział ta odpowiedź wcale go nie
satysfakcjonowała. Mógł przecież donieść cesarskiemu prefektowi o
wszystkim, co tu widział. Za co prawdopodobnie otrzymałby kilkadziesiąt
tenarów, jeśli buntowników by schwytano, nawet kilkaset. Jednak pojechał
dalej i nie zadawał więcej pytań.
– To on, powiadomcie wszystkie pozostałe obozy. Wyruszamy natychmiast –
rozkazał przywódca buntowników, obserwując odjeżdżającego jeźdźca –
pomyśleć, że nawet nie zdaje sobie sprawy ze swojej roli – dodał cicho.

Dwa dni wcześniej otrzymał zlecenie, które było przyczyną podróży do
Denerim. Przebywał akurat w Lothering. Wiedział jedynie, że ma sie spotkać
z klientem tuż za miastem na moście Drakon, który swoją nazwę wziął od
rzeki pod nim płynącej. Tajemniczość jego klienta budziła podejrzenia. Nie
znał jego imienia ani wyglądu. Z drugiej strony doskonale znał potrzebę
anonimowości. Wielu ludzi na wysokich stanowiskach korzystało z jego
usług, więc takie spotkania to dla niego nic nowego. Jednak na wszelki
wypadek postanowił pojawić się na miejscu godzinę wcześniej. Obserwował
most z bezpiecznego miejsca i czekał. O wyznaczonym czasie zjawił się
samotny jeździec. Nic nie wskazywało, że to pułapka, więc się ujawnił.
– Widzę, że czekałeś na mnie – powitał go mężczyzna w kapturze – mam
nadzieję, że niezbyt długo.
– Pomińmy te grzecznościowe formy, i przejdźmy do rzeczy – Sareth zauważył
elficki akcent swojego rozmówcy, ale nie miało to dla niego znaczenia. Tak
samo jak to, że nie widział jego twarzy.
– Oczywiście. Zanim podam ci cel, powiedz czy… – zawahał się – masz
doświadczenie w magicznie chronionych budynkach?
– Mam, oczywiście wydostanie czegoś z takiego budynku jest trudniejsze,
więc i cena odpowiednio wyższa.
– Trudniejsze, to ciekawe. Od paru twoich kolegów po fachu usłyszałem, że to
niemożliwe.
– Jeżeli masz na myśli cesarski pałac lub wieże magów. To mają racje, to jest
niemożliwe – milczenie elfa upewniło go, że chodzi o jeden z nich – Te
budowle nie mają tylko zabezpieczeń w drzwiach i oknach, całe mury,
wszystkie ściany, od zewnątrz i od wewnątrz są pokryte zaklęciami. Tak by
nikt niepożądany nie dostał się do środka. Nawet jeżeli byłbym już w środku,
zaklęcia wewnątrz budynku uwiężą mnie w nim…
– Niema rzeczy niemożliwych, udowodniłeś to wkradając się do cesarskiego
pałacu – przerwał mu elf – Teraz próbujesz po prostu podbić cenę.
– Widzę, że dobrze mnie znasz, w takim razie ile proponujesz?
– 50 tysięcy tenarów, połowa teraz połowa jak otrzymam kryształ.
– A więc przedmiotem, który mam zdobyć jest kryształ, gdzie go znajdę?
– W wieży cesarskich magów w Denerim. Jak dojedziesz na miejsce, w
gospodzie Pod Białą Laską dowiesz się wszystkich szczegółów. W trakcie
podróży i na miejscu używaj imienia Gredius. Czy zgadzasz się na takie
warunki?
– Zgoda, 50 tysięcy plus pokrycie kosztów. Będę potrzebował 5 tysięcy na
odpowiedni sprzęt. Więc teraz 30 i 25 po wszystkim.
Nie interesowało go skąd elf, należący do najniższej warstwy
społecznej, wziął ponad 50 tysięcy tenarów. Za które można było kupić spory
zamek. Nigdy nie zastanawiał się dlaczego otrzymuje zlecenie, niemiało to dla
niego znaczenia. A powinno.

Od kiedy w Denerim wybudowano wieżę, miasto w szybkim tempie się
rozwijało. Z całego imperium ściągali tu adepci magii, dzięki czemu
miejscowi kupcy mieli największy wybór przedmiotów magicznych. Co z kolei
przyciągało najróżniejszych osobników, nawet z poza granic imperium. Tak
więc miejscowi żyli głównie z usług. Gospody i karczmy wyrastały jak z
podziemi. Dzielnica czerwonych latarni rozrastała się jeszcze szybciej. Ponad
tym wszystkim górowała wieża. Wzniesiona na wzgórzu symbolizowała
potęgę imperium. Taki zresztą był jej cel. Wystarczyło jedno spojrzenie by
stwierdzić, że musiała powstać za pomocą magii, niemożliwe było, bowiem
zbudowanie czegoś takiego za pomocą ludzkich rąk.
Przedmioty których potrzebował Sareth by dostać się do wieży, można
było znaleźć, jak na ironię, tylko w Denerim. Dlatego najpierw udał się do
dzielnicy kupców. Skręcił w jedną z bocznych uliczek, była wąska, nie było
na niej żadnych szyldów, ale Sareth był tu nie pierwszy raz. Zatrzymał się
przed dużymi metalowymi drzwiami. Chociaż ze zwykłymi drzwiami nie miały
wiele wspólnego, nie miały klamki, a wyryte na nich żłobienia układały się w
skomplikowane wzory. Sareth podwinął rękaw, odsłaniając coś, co
przypominało tatuaż. Było to oko wpisane w trójkąt. Przyłożył rękę do drzwi,
część symboli na drzwiach zaświeciła się układając się w zdanie: „Acrius
appetimus nova…
– …quam iam parta tenemus” – dokończył Sareth.
Rozległ się dźwięk przeskakującej zapadki i otworzyły się drzwi do
siedziby Antivańskich Kruków. Wszedł do środka, zaraz za nim zamknęły się
drzwi. Stał na górze biegnących w dół schodów. Gdy doszedł do końca,
wszedł do pomieszczenia o imponujących rozmiarach. Wszędzie unosiła się
niebieska poświata i mimo, że na ścianach nie było pochodni, ani innych
źródeł światła było całkiem jasno. Sklepienie było podtrzymywane przez
dziesiątki kolumn, każda z wyrzeźbionym krukiem u podnóża. Po obu
stronach sali było wiele drzwi, było jasne, że te podziemia są ogromne. Była
to największa kryjówka Antivanskich Króków w tej części świata. Na końcu
sali stała postać w kruczoczarnym kapturze i szacie sięgającej do ziemi tak,
że nie było widać stóp. Stała bez ruchu, jak posąg, dla którego czas niema
znaczenia. Sareth zatrzymał się przed postacią.
– Witaj przewodniku – przewodnik nie dał po sobie poznać, że cokolwiek
usłyszał, ale Sareth tego nie oczekiwał – Potrzebuje amuletu wykonanego z
dwimerytu i kilka zwojów łamiących pieczęci.
Postać odwróciła się i z szafki stojącej przy ścianie wyciągnęła kilka
przedmiotów. Sareth zapłacił, wziął przedmioty i odszedł.
Chociaż na co dzień był wolnym strzelcem był również członkiem
Antivanskich Kruków. Dzięki czemu mógł się zaopatrywać w różne trudne do
zdobycia przedmioty. By zdobyć dwimeryt nie wystarczyło mieć pieniędzy, był
to bowiem towar zakazany w cesarstwie. Jego członkostwo miało też swoją
drugą stronę, gdyby otrzymał zlecenie, od bractwa, nie mógłby odmówić. Gdy
któryś z członków odmówił lub zawiódł wykonując zadanie, sam stawał się
celem. Prawdopodobnie jest to jedna z przyczyn niezrównanej skuteczności
Antivanskich Kruków.
Sareth wstąpił jeszcze do wskazanej gospody, gdzie otrzymał dokładny
opis kryształu. Dowiedział się ilu strażników jest w wieży i gdzie czeka na
niego łódka. Nie miał mapy budynku, ani nie wiedział, jacy magowie
przebywają w środku. Teraz pozostało już tylko czekać na zmierzch.

Sareth płynął łódką wzdłuż wybrzeża i liczył groty. Wieża stała na
skarpie, w której morze wydrążyło w niej wiele jaskiń. Wpłynął do czwartej,
którą napotkał. Było bardzo ciemno, a tunel był wąski, dlatego musiał
płynąć powoli i ostrożnie. Po kilkudziesięciu metrach tunel zaczął się
poszerzać. W końcu zobaczył przed sobą słabe światło i brzeg przy, którym
przymocowana była kolejna łódka, bardzo podobna do jego. Po cichu
przymocował swoją i wysiadł na brzeg. W jaskini w której się znajdował była
niewielka szczelina, z której wydobywało się światło. Sareth ostrożnie zajrzał
do środka. Następna część jaskini była znacznie większa, na drugim końcu
zobaczył masywne drzwi, do których musiał się dostać. Tyle, że przed nimi
był stół, przy którym siedziało czterech strażników grających w kości.
Wszyscy pijani, jak to strażnicy, których wysłano w jakieś odludne miejsce,
zupełnie nie pilnowanych. Sareth ostrożnie przemknął obok nich i schował
się za jakąś skrzynią. Rozejrzał się w około i zobaczył długą tykę służącą do
kierowania łódką. Podszedł najbliżej strażników jak tylko mógł i czekał na
odpowiedni moment. Następnie włożył tykę pod krzesło jednego ze
strażników i w odpowiednim momencie uderzył nią w nogę od stołu. Kości na
stole poskoczyły i zmienił się wynik. Reszty dopełnił alkohol.
– Ty oszuście – jeden ze strażników zerwał się z krzesła i rąbnął drugiego,
sam się przy tym przewracając.
Podczas gdy walka o sprawiedliwość trwała w najlepsze, Sareth założył
amulet z dwimerytu i pobiegł do drzwi. Sam zamek był bardzo prosty,
wystarczyło kilkanaście sekund i był otwarty. Kluczowe było jednak przejście
przez próg. W progu była, bowiem bariera. W teorii dwimeryt powinien ją
przerwać na moment. Tak w teorii, pomyślał, ale teorie nie zawsze się
sprawdzają. Cofnąć się już nie mógł, więc spróbował. Przyłożył amulet do
bariery, powstała dziura. Im bliżej był amulet tym bardziej cofała się bariera.
Jak ostryga, gdy polać ją sokiem z cytryny. Otwór nie był na tyle duży by
mógł zwyczajnie przekroczyć próg, ale jakoś się przecisnął. Zamknął za sobą
drzwi. Właśnie wszedł tylnym wejściem do wieży. Przed sobą miał spiralne
schody. Zaczął wchodzić na górę. Spodziewał się, że schody będą długie, ale
od ciągłego skręcania w prawo zaczęło się już mu kręcić w głowie. Postanowił
sobie w duchu, że od tej pory będzie wkradał się tylko do parterowych
budynków.
Jednak wiedział, że wejście po tych schodach mu się opłaci. Dzięki
temu, znajdował się już na trzecim piętrze. Była to najważniejsza część
wieży, tutaj przebywali najważniejsi magowie imperium i to tutaj był
kryształ. Pomieszczenie w którym się znalazł było najwyraźniej jakimś
tajnym przejściem. Były w nim cztery ściany, ale żadnych drzwi. Zaczął
stukać w ściany. W końcu usłyszał, że cegła w którą stuka jest pusta. Pchnął
ją i ściana otworzyła się. Wszedł chyba do biblioteki. Wszędzie było ciemno i
zupełnie pusto. Znalazł drzwi i wyszedł na korytarz. Jego informator
powiedział, że kryształ znajduje się na sklepieniu w wielkiej sali. Po drodze
nie napotkał żadnych strażników, wiedział, że w nocy większość znajduje się
na parterze, ale zawsze mógł się natknąć na jakiegoś maga. Wielka sala
rzeczywiście była wielka. Sklepienie znajdowało się jakieś 20 metrów nad
ziemią. Nie tracąc czasu zaczął wspinać się na kolumnę, która znajdowała
się najbliżej kryształu. To była ta łatwa część. Gdy już był na górze, założył
na ręce i nogi specjalne haki. Zaczął wbijać je w sklepienie i szedł jak pająk
w stronę kryształu. Gdy już doszedł zobaczył, że kryształ jest wmurowany w
sufit. Wyjął jeden ze zwojów, rozłożył go na krysztale i dotykając go wymówił
formułę aktywacyjną. Runy wypisane na zwoju zaświeciły się na ułamek
sekundy i zgasły. Kryształ spadł mu na rękę, był wielkości zaciśniętej pięści i
czuć było emanującą od niego energię. Sareth nie mógł tego wiedzieć, ale
właśnie cała wieża zaświeciła się jasnym blaskiem, który stopniowo słabł, aż
zniknął zupełnie.

– Panie, bariera zgasła – zdyszany elf przybiegł do Sartakusa
siedzącego przy małym ognisku w lesie nieopodal Denerim.
– Czy w mieście ktokolwiek to zauważył? – spytał dowódca, zakładając zbroję.
– Nie Panie.
– Więc wszyscy na pozycje – buntownicy natychmiast wykonali rozkaz.
W mieście kilkanaście grup elfickich buntowników czekało na znak. Z
lasu wystrzelona została płonąca strzała, było ją widać z każdego zakątka
miasta. Kilku strażników na wieżach zauważyło ją, ale żaden się tym nie
przejął. Skąd mogli wiedzieć, że ta strzała oznacza ich śmierć. W jednej
chwili w całym mieście rozległ się świst strzał. Cesarscy żołnierze padali
jeden po drugim, najeżeni strzałami. Jednak jak to zwykle bywa w takich
przypadkach, któryś przeżył. Jeden z żołnierzy na wieży strażniczej podniósł
się z ziemi, miał wbite dwie strzały. Jedną w ramie, drugą w udo, jednak w
porównaniu z drugim żołnierzem i tak miał dużo szczęścia. Ten miał w sobie
kilkanaście. Tylko dzięki temu przeżył. Nie zastanawiając się długo, zaczął
dzwonić na alarm.
Jednak elfy miały wystarczająco dużo czasu, na ulicach były ich już
setki. Brama została otwarta od wewnątrz i przez nią wchodziło do miasta
jeszcze więcej buntowników. Większość kierowała się w stronę fortu.

Sareth razem z klejnotem wchodził po schodach na szczyt wieży. Nie
miał w planie wracać tą samą drogą, którą przyszedł. Łatwiej było po prostu
zjechać po linie na sam dół. Otworzył drzwi i znalazł się na dachu. Na środku
znajdowało się podwyższenie, wykonane z dziwnej białej skały. Na samym
jego środku była wyżłobiona sporych rozmiarów runa. Zwykle runy pisało się
na zwojach i były wielkości normalnych liter. Ta miała, co najmniej dwa
metry wysokości i półtora szerokości. Jednak Sareth nie miał czasu się nad
tym zastanawiać, co innego przyciągnęło jego uwagę. Podszedł do gzymsu i
zobaczył ogrom swojej głupoty. Połowa miasta płonęła, z cesarskiego fortu
została sterta gruzu. Zobaczył lecące w stronę wieży ogromne głazy. Cała
wieża zaczęła się trząść. Buntownicy najwyraźniej zniszczyli już fort a teraz
planowali to samo zrobić z wieżą. Czuł się jakby coś ciężkiego spadło mu na
głowę. Zrozumiał wszystko. Wiedział, że wieża jest chroniona przez magiczną
barierę, której nie zniszczy żadna katapulta. Tymczasem on najwyraźniej
ukradł jej źródło energii.
Gdy dochodził do siebie przypominając sobie wszystkie zagadkowe
rzeczy związane z tym zleceniem i zastanawiał się czemu nie wpadł na to
wcześniej, usłyszał głosy na schodach. W ostatniej chwili schował się za
jakimś pudłem, gdy otworzyły się drzwi i wpadło do środka kilku magów.
– Fort jest zniszczony, a bariera zniknęła. Powinniśmy uciekać….
– Dość – krzyknął najstarszy z magów, reszta natychmiast zamilkła – Fort,
ani miasto mnie nie obchodzą, ale nie będę uciekał przed garstką elfów. Jeśli
uciekniemy do Sartakusa przyłączy się jeszcze więcej niewolników.
Ładna mi garstka, pomyślał. Na oko, kilka tysięcy. Sareth domyślił się,
że ten najstarszy musi być Arcymagiem. Czuć było bijącą od niego energię.
Znał kilku magów, ale żaden z nich nie wywierał takiego wrażenia.
Arcymag podszedł do podwyższenia, wyciągnął nóż i przeciął sobie
rękę. Musiał przeciąć bardzo głęboko, ponieważ, krew szybko zaczęła kapać
na podwyższenie. Położył rękę na runie i przeciągnął po całej jej długości.
Runa jakby tylko na to czekała, zaświeciła się czerwonym blaskiem. Arcymag
zaczął skandować formuły, jakich Sareth jeszcze w życiu nie słyszał. Gdy
tylko wymówił ostatnią sylabę. Na podwyższeniu zmaterializowała się istota o
wzroście dwóch ludzi i szerokości, co najmniej czterech.
„ Gdy Cesarski Arcymag ujrza jak elfy niszcz i pal miasto srodze si ł ą ą ę zdenerwował i rzekł:
„nie będą elfy naszych obywateli mordować i naszego miasta palić bezkarnie”. I tak uczyni,ł
a jego gniew był straszliwy. Z najgłębszej części Pustki przywołał potężnego demona. Istota
ta była mu całkowicie posłuszna. I spadła na elfy, jak gniew samych bogów. Nigdy później, w
historii Cesarstwa nikomu nie udało się kontrolować tak potężnego demona. A okrutna kaźń
jaka miała wtedy miejsce, będzie przestrogą dla wszystkich elfów. Mówi się, że z ośmiu
tysięcy elfów, które podniosły wtedy rękę na Cesarstwo, przeżyło tylko trzystu. I wszyscy
popadli w szaleństwo z powodu okropności na, które musieli patrzeć.”
Cicero – Cesarska Kronika
„Tajniki magii cesarskich mag w znikn y wraz Imperium Tevinterskim. ó ęł Setki lat później
niektórzy magowie wciąż kroczą ścieżką magii krwi. Jest to jednak dziecinna zabawa w
porównaniu z umiejętnościami cesarskich magów. Być może ten rodzaj magii już nigdy nie
powróci do pełnej świetności, do czego konsekwentnie dąży krąg, zakazując jej
praktykowania.”
Ltaina Dellanoy – Ciemna Strona Magii

Adam Kuliński




Współpracujemy
Q-workshop EA Polska Fabryka Słów Wydawnictwo Portal Cenega Kuźnia Gier