Pod Grzechoczącymi Koścmi

Strona główna

MENU

SONDA

20

Lut 12

Felieton Dextera – Blaski i cienie MMO

Odcinek 3: Blaski i cienie MMO, czyli jak Sithowie przegrali z Hordą

 

Gdy kilka miesięcy temu pierwszy raz zagrałem we wczesną betę Star Wars: The Old Republic byłem pod wrażeniem. Czułem, że wreszcie rodzi się tytuł który może zagrozić kolosowi jakim jest World of Warcraft. Pierwsze redakcyjne questowanie zaczęło się gdy tylko wszyscy dostaliśmy nasz preorderowy early access. Świetna sprawa – premiera przebiegła bez „niespodzianek”, kolejki na serwer były krótsze i sprawniejsze niż przy premierze któregokolwiek dodatku do WoW’a. Pełne dialogów misje, odwiedzanie planet znanych nam z obu trylogii czy serii Knights of The Old Republic, szukanie ukrytych datacronów, rekrutowanie towarzyszy. Było super. Czuliśmy się młodzi, zdolni i atrakcyjni. I wtedy pierwszy raz mnie to dopadło. Zmęczenie? Nawrót choroby? Coś było nie tak i z każdym poziomem było coraz gorzej.

Osyluth, łotr i babiarz jakich mało ;)

By to zrozumieć musiałem cofnąć się pamięcią do ostatnich miesięcy gry w World of Warcraft, zanim anulowałem subskrypcję. Męczyło mnie granie w te samą grę od kilku lat, oglądanie tych samych powtarzalnych schematów, brak czasu na raidy i ogólny klimat dodatku Cataclysm. Tym co mnie trzymało na liście subscriberów był bogaty lore Warcrafta. Miałem ogromną frajdę z uczestniczenia w rozwijającej się historii i obserwowaniu jak zmienia się świat. Z niecierpliwością oczekiwałem na fabularny koniec Deathwing’a. By uwolnić się od WoWa – musiałem o tym zapomnieć. Podobno najlepszym lekarstwem na fascynację lore jakiejś gry jest znalezienie czegoś z jeszcze ciekawszym uniwersum. W moim przypadku był to świat Warhammer 40.000 i dał sobie radę naprawdę znakomicie. Szybko zapomniałem o WoWie w każdym jego aspekcie. Jednakże im dłużej grałem w SWTORa tym bardziej czegoś mi brakowało.

Pierwsze pojawiły się problemy ze znajdowaniem ludzi do zrobienia czegokolwiek. Misje grupowe, których w tej grze pełno, większość ludzi (co wiem z wywiadu środowiskowego na moim serwerze – Hydian Way EU) zwyczajnie pomijała, nie chcąc się rozdrabniać i goniąc za fabułą i wątkiem głównym. Trudno się dziwić. Przy takim nacisku na historię, czy wręcz legendę, naszej postaci nie chcieliśmy by ktoś psuł nam zabawę przeklikując się przez dialogi. Zbyt często słyszałem od ludzi „just spam space to skip the talking, kk?”. Jeszcze gorzej było we flashpointach czyli TORowskim odpowiedniku dungeonów z WoWa. O ile pierwszy z nich wbił całą redakcję w fotele, następne były już (przynajmniej dla mnie) smutnym rozczarowaniem. Myślałem, że całą gra będzie tak cudownie interaktywna jak flashpoint Black Talon. Kiedy ja i Rezo terroryzowaliśmy załogę i podejmowaliśmy decyzję o abordażu bawiłem się świetnie. Nawet przeszliśmy ten etap na kilka sposobów by zobaczyć co jeszcze może się stać. Good fun, pierwsza klasa. Następne flashpointy były już coraz bardziej przeciętne. Nudne lokacje, dwa dialogi na krzyż i masowe mordowanie hord przeciwników którzy nie mieli w sobie żadnego klimatu… W WoWie każdy dungeon, choć pozbawiony jakichkolwiek dialogów – miał swój styl, rozpoznawalnych przeciwników i ciekawe walki z bossami. W ToR miałem narastające uczucie, że bossowie są wręcz bezimienni i pozbawieni jakiejkolwiek frajdy z walki.

UWAGA: Spoiler jak diabli w następnym akapicie!

Darth Dexterius i jego wierny towarzysz Khem Val.

Absolutny kryzys dopadł mnie i Marithę gdy w jednym z flashpointów spotkaliśmy Revana. TAK! Głównego bohatera / bohaterkę Knights of the Old Republic. Miarka się przebrała. Zgwałcili naszą ukochaną postać, ikonę jednego z najlepszych RPG wszech czasów. Nie dość, że zrobili z niego brodatego faceta (a nasze Revan były kobietami) to jeszcze zmienili jego charakter na… emo :/ Nie dość, że musieliśmy zabić postać tak bliską naszym wspomnieniom z przed lat to jeszcze patrzyliśmy jak się stoczyła na dno, przegrywając walkę z imperatorem i ostatecznie służąc Jedi. Zgroza, czy jak to powiedział Kurtz w Apocalypse Now – „the horror…”

Kilka poziomów doświadczenia dalej, brnąłem w śniegach planety Hoth i zastanawiałem się co ja tam właściwie robię. Sam jak palec na pustkowiu, kilometry od bazy, zabijając jakieś niedorozwinięte słoniki (taka rasa, nadal nie mogę przestać się śmiać z odgłosów jakie wydają). I wtedy właśnie zrozumiałem – to jest najbardziej singleplayerowa gra MMO jaka powstała. Nie masz potrzeby ani czasem nawet szansy grać drużynowo. Znalezienie ludzi chętnych do czegokolwiek czasem graniczyło z cudem, a ogromne, fatalne rozplanowane, lokacje utrudniały orientację w terenie. Zaczęło mi brakować tętniących życiem miast Azeroth, łatwości znajdowania grupy, dynamicznych dungeon’ów i ogólnego poczucia wolności w otwartym terenie. Po długiej medytacji wsiadłem więc na statek i odleciałem daleko poza Outer Rim, do innej galaktyki, na planetę Azeroth.

Pytanie na koniec – co waszym zdaniem czyni grę dobrą? Grafika? Fabuła? Wygodny i intuicyjny interfejs? A może coś co w zamierzchłych czasach (gdy jeszcze ukazywało się pismo Secret Service) zwało się miodność? Nie wiem co takiego jest w World of Warcraft ale nawet gdy już doszczętnie znienawidziłem tę grę – nie mogłem znaleźć dla niej konkurenta. Warhammer: Age of Reckoning, Age of Conan, Aion – nie pamiętam już nawet dobrze jak się w nie grało, nie znam nikogo kto by nadal w nie grał. Rift, Star Wars: The Old Republic – zabrały mnie i moich towarzyszy broni na przejażdżkę rollercoasterem. Dziwnie szybko wagonik wrócił do pozycji startowej a my znów poczuliśmy pod stopami zmęczoną ziemię Azeroth. Mimo szczerych chęci nie mogę powiedzieć, że powstało lepsze MMO niż WoW…

 

Do usłyszenia za dwa tygodnie!

– Dexter





Współpracujemy
Q-workshop EA Polska Fabryka Słów Wydawnictwo Portal Cenega Kuźnia Gier