Pod Grzechoczącymi Koścmi

Strona główna

MENU

SONDA

18

Lis 11

Karczemne opowieści

Jego oczom ukazała się niepozorna, ale posiadająca… Nie, źle. Jego zmęczone oczy napotkały na swojej drodze… Jak oczy mogą coś napotkać? Szedł powłócząc nogami, zmęczony po kolejnej zarwanej nocy. Jego spojrzenie, wcześniej przyklejone do butów, powędrowało w górę gdy poczuł charakterystyczny zapach… Zapach czego? Nie, zupełnie źle.

Początki zawsze są najtrudniejsze. Najlepiej wiedzą o tym pisarze, a nowicjusze mogliby o samym tym problemie napisać książkę. To pierwsze strony decydują o tym, czy czytelnik zanurzy się w lekturze, czy też z wściekłością ciśnie książką o ścianę i postanowi zająć się czymś ciekawszym, na przykład patrzeniem jak trawa rośnie.

Początkujący Pisarz z rezygnacją wyrzucił kolejną pomiętą kartkę, która odbiła się od wypełnionego już kosza i potoczyła po podłodze. Przetarł oczy i rozejrzał z westchnieniem. Niedługo będę mógł zrobić sobie ognisko, potrzebne mi są tylko kiełbaski i piwo. Pies to trącał – piwo to najlepszy pomysł, jaki wpadł mi dziś do głowy. Może gdzieś będzie jeszcze otwarte. Chwilę potem był już na dworze, wyruszając w poszukiwaniu odpowiedniego lokalu.

***

Szedłem powoli, po kolejnej nieprzespanej nocy spędzonej nad próbami pisania niewiele miałem w sobie wigoru. Humoru nie poprawiał fakt, że wszystkie znane mi miejsca serwujące alkohol były już zamknięte. Zrobili nalot na wszystkie okoliczne monopolowe? Już miałem wracać do siebie, gdy usłyszałem rżenie. Zdezorientowany podniosłem wzrok, by napotkać spojrzenie konia, najwyraźniej domagającego się paszy. Stajnia? W takim miejscu? Bez wątpienia – niski drewniany budynek wyglądał na stajnię, a wystające końskie łby i zady tylko potwierdzały postawioną hipotezę. Po chwili konsternacji stanąłem na palcach i wsadziłem głowę do środka. Niecałe dwa wdechy później bardzo tego pożałowałem, zwalający z nóg smród końskiego łajna zdecydowanie potwierdził moje przypuszczenia. To z pewnością była stajnia – nie zamierzałem do niej wchodzić, miałem wystarczająco dużo twardych dowodów. Pieprzona stajnia. Brakuje tylko obory i kurnika do kompletu.

Odsunąłem się od niej na parę kroków. Nie, to jeszcze nie był koniec. Jak się przekonałem po chwili, była ona tylko dodatkiem do czegoś większego. Ujrzałem dwupiętrowy przysadzisty budynek o pobielanych ścianach i podłużnych oknach z przymkniętymi drewnianymi okiennicami. Ba, nawet nad wejściem tego osobliwego przybytku wisiał najprawdziwszy malowany szyld. Z tego, co mogłem zobaczyć w lichym świetle, były na nim kości do gry. Kiedy oni zdążyli postawić taką knajpę?

Niepewnie podszedłem do solidnych dębowych drzwi. Przez niedomknięte okna słychać było gwar rozmów, śmiechy, śpiewy i, co najważniejsze (a co tylko wprawne ucho umie wychwycić) dźwięk nalewanego piwa. Nie miałem nic do stracenia. Fakt, że przed chwilą niemal wpakowałem się do stajni został zepchnięty na dalszy plan w obliczu wizji pełnego kufla. Nie zastanawiając się dłużej otworzyłem drzwi i wszedłem do środka.

Powiodłem wzrokiem dookoła dość niskiej izby. Knajpa jak to knajpa – dużo stołów, dużo gości, dużo piwa, dużo hałasu, dużo naczyń, dużo stołków, dużo śpiewów, duży kamień, duża kość… Dopiero po chwili dotarło do mnie, że w samym centrum pomieszczenia stał pokaźny nieociosany kamień. Co więcej, wystawało z niego coś przypominającego złamaną kość udową, z tym, że ta konkretna miała jakieś dwa metry długości. Wokół wielkiego stołu, jak gdyby nigdy nic, biesiadowała radosna kompania osobników wszelkiej maści. Ale szczerze mówiąc, to nie oni najbardziej przyciągali wzrok. We wszystkie ściany pod różnymi kątami powbijane były rozmaite (mniej lub bardziej) mordercze narzędzia. Dostrzegłem całą kolekcję noży, toporów, harpunów, drutów do szydełkowania, kilka strzał, nóg od stołków, oszczepów, haków, sztyletów, trochę sztućców, halabardę, berdysz, buzdygan, cep bojowy, widły i wielki miecz. Drzwi zamknęły się za mną ze złowieszczym skrzypnięciem, a ja zrozumiałem, że jeśli chcę się napić, to tylko tutaj. Przełknąłem ślinę – to przecież tylko dziwny wystrój, nic takiego – i ruszyłem w stronę lady. Czego się nie robi dla odrobiny ulubionego trunku?

Kiedy obok wypolerowanej na połysk lady zobaczyłem wbity w ścianę stół z wyrżniętym na blacie menu stwierdziłem, że tego wieczoru już nic mnie nie zdziwi. Stanąłem w pewnym oddaleniu od  zakapturzonego mężczyzny, który siedział w najciemniejszym kącie i sączył swoje piwo.

– Co podać? – odrobinę piskliwy głos przerwał mi obserwację tajemniczego gościa. Spojrzałem w stronę zagadującego. Za kontuarem stał jakiś dzieciak mizernej postury  niedożywionego szóstoklasisty, chociaż, o dziwo, pod nosem miał zaczątki pierwszego wąsa. Długie przetłuszczone włosy związane były sznurkiem w kitę i upięte wysoko na głowie. Spoglądał na mnie podejrzliwie jednocześnie pucując kufel.

– Nie jesteś trochę za mały na prowadzenie knajpy? – spytałem z powątpiewaniem w głosie. Może nie powinienem wybrzydzać, sprzedawca to sprzedawca, ale dzieciak?

Dopiero gdy na sali zapadła grobowa cisza, zrozumiałem, że zrobiłem coś nie tak. Byłem w stanie usłyszeć ćmy obijające się o żarówkę w latarni na rogu ulicy. Wszyscy gapili się na mnie w milczeniu, kufle i szklanki zastygły w połowie drogi do ust. Twarz dzieciaka najpierw zrobiła się trupioblada, by chwilę potem przybrać kolor dojrzałych pomidorów.

– On tego nie zrobił, prawda? – usłyszałem jednego z gości.

– Zrobił – skwitował krótko jego towarzysz.

Zanim zdążyłem przeanalizować ich wypowiedzi, przed moimi oczami pojawiła się lufa strzelby, którą trzymał dzieciak. Była niewiele mniejsza od niego, ale z jego miny wywnioskowałem, że wie jak się nią posługiwać. Moje serce zaczęło łomotać jak oszalałe, a oczy pewnie wychodziły mi już z orbit.

– Co powiedziałeś? – wycedził powoli przez zaciśnięte zęby, rzucając mi wściekłe spojrzenie.

Wszystko stało się błyskawicznie. Ktoś zwalił mnie z nóg, przygniotło mnie ciężkie cielsko, potem zabrzmiał głośny wystrzał ze strzelby, a śrut przeleciał gdzieś nad nami. Zdążyłem zobaczyć jak siła odrzutu wręcz filmowo rzuciła barmana w tył wprost na ścianę.

– Witamy Pod Grzechoczącymi Kośćmi – usłyszałem jeszcze, nim rozpętało się piekło. Wszyscy rzucili się do bijatyki z niezwykłym entuzjazmem. Ostatnie co pamiętam, to lecący w moją stronę stołek…

 




Współpracujemy
Q-workshop EA Polska Fabryka Słów Wydawnictwo Portal Cenega Kuźnia Gier