Pod Grzechoczącymi Koścmi

Strona główna

MENU

SONDA

4

Mar 11

„Malowany Człowiek”, recenzja

Przyznam się, że do czytania Malowanego Człowieka zasiadałem z pewną rezerwą. Bardzo dużo słyszałem wcześniej zarówno o tej powieści, jak i samym autorze. Książka już została okrzyknięta fenomenem, a określenia takie jak: „innowacyjna”, „doskonała”, „błyskotliwa” odmieniane są przez wszystkie przypadki. Szczególnie ta innowacyjność jest czymś, co w świecie fantasy dosyć trudno osiągnąć. Przez niektóre media książka ta została umiejscowiona pośród najlepszych powieści fantastycznych ostatniej dekady, a sam Brett wymieniany jest jednym tchem obok takich postaci jak Ursula K. Le Guin, C.S. Lewis, czy też J.K Rowling. W związku z tym do lektury Malowanego Człowieka podchodziłem z bardzo dużym dystansem, oraz nie ukrywam – sporym zaciekawieniem.

Niniejsza recenzja, w przeciwieństwie do moich ostatnich będzie miało nieco inny charakter i będzie zdecydowanie bardziej krytyczna. Już na wstępnie jednak zastrzegam, że Malowany Człowiek bardzo mi się spodobał, a fakt, że oba tomy niemalże zjadłem w ciągu zaledwie czterech wieczorów już samo w sobie bardzo dobrze świadczy o tej powieści. Zacznę jednak od tego, co mi się nie podobało. W zasadzie po lekturze tych książek mam trzy zastrzeżenia, z czego dwa dosyć poważne.

malowany4W Malowanym Człowieku spotykamy się z trzema, niepowiązanymi za sobą wątkami. O ile historia głównego bohatera – Arlena, jest napisana bardzo dobrze i widać ciągły wewnętrzny rozwój tej postaci, o tyle temat pozostałych dwóch bohaterów jest potraktowany trochę po macoszemu, pozostawiając spory niedosyt. Dodatkowo niezwykle irytowało mnie to, że w momencie, kiedy po 100 stronach czytania o Arlenie akcja zaczęła się rozkręcać, to nagle pojawia się wątek innej postaci. W danym momencie zdecydowanie nie miałem ochoty przerywać czytania jego historii, ale niestety następne rozdziały musiałem przecierpieć w oczekiwaniu na powrót do głównego wątku Malowanego Człowieka. W chwili, kiedy wydarzenia stają niezwykle interesujące i chce się więcej i więcej, otrzymujemy zimny prysznic w postaci mniej interesujących opowieści o pozostałych postaciach. Efekt jest taki, że po kolejnych 100 stronach poświęconych komu innemu, muszę znowu wracać do pierwszej części książki żeby przypomnieć sobie o wszystkich szczegółach, które były na początku. I tutaj pojawia się bardzo istotny zarzut pod adresem autora. W książce mamy przedstawione trzy historie, które nie maja ze sobą kompletnie nic wspólnego poza tym, że dzieją się w tych samych realiach. Nie jestem zwolennikiem takiej narracji powieści i zdecydowanie nie lubię czytać „książki w książce”. Przez pierwszy, liczący pół tysiąca stron tom, bohaterowie w ogóle się nie poznają. Dopiero w połowie drugiej księgi ich ścieżki zaczynają się w końcu stykać. Co jednak mógł tutaj zrobić Brett? Myślę, że śmiało mógłby bardziej rozwinąć wątek dwóch pozostałych postaci. A tak mam wrażenie jakby ich historia była zaledwie małym dodatkiem do postaci głównego bohatera, i momentami po prostu przeszkadzało mi to w odbiorze Malowanego Człowieka.

Pozostając przy postaciach, to pomijając wyżej wymienione zarzuty, Brett bardzo dobrze konstruuje ich historię. Powoli pokazuje nam jak się kształtowała ich psychika i jakie losy ich spotykały. Powoli, acz systematycznie dorastają, a my towarzyszymy im na każdym istotnym etapie tego procesu. Jeżeli chodzi o pierwszy tom, to wszystko wygląda pięknie. Problem pojawia się w drugim, i to jest kolejny zarzut który kieruję pod adresem autora. W pewnym momencie ten powolny proces ulega znacznej akceleracji i przeskakujemy do przodu o dobre kilka lat, w ciągu których wiele się wydarzyło, ale niestety my o tym nie przeczytaliśmy, a jedynie zostaliśmy poinformowani. Jest to szczególnie odczuwalne w przypadku Arlena, który w jednym rozdziale jest jedną osobą, a w następnym już w ogóle go nie poznajemy. Brett przeskoczył być może najważniejszy etap w procesie kształtowania się Malowanego Człowieka. Pominięty przez niego fragment śmiało miał potencjał na dobre 100-200 dodatkowych stron powieści, o które po prostu aż się prosi. Podsumowując, drugi tom jest niemalże o połowę krótszy od pierwszego, a przeskoki w życiorysach poszczególnych postaci są znacznie większe i przez to bardzo dużo się traci. Trzeba było to wszystko rozwinąć, co najmniej do objętości pierwszego tomu.

malowany3Trzecia rzecz, do której się przyczepię jest szczególna i myślałem, że nigdy tego nie napiszę w kontekście żadnej książki fantasy, ale powieść Bretta epatuje seksem. Dokładniej jego lekko wynaturzoną postacią. Nie wiem czy na palcach jednej ręki dałoby się wskazać rozdziały, w którym nie spotykamy się z różnymi przypadkami molestowania, w tym kompletnie idiotycznego gwałtu (który nie wiem po co się pojawił) lub ciągnących się przez kilka stron, wałkowanych bez umiaru docinków i rozważań na temat seksualności. Już nawet nie chodzi o to, że momentami może to być przesadzone, a niektóre wydarzenia są kompletnie bezsensowne i zbędne. Nie chodzi nawet o to, że feministki rozniosłyby Bretta na strzępy za sposób, w jaki podchodzi do postaci kobiecych. Po prostu w pewnym momencie staje się to męczące w czytaniu i zadawałem sobie pytanie, po co w ogóle autor o tym pisze? Chwilami odnosiłem wrażenie, że Brett ma z tym pewien problem, a w niektórych rzeczach po prostu się lubuje. Zdecydowanie w Malowanym Człowieku brak w tym umiaru, a wszelkie sceny, gdzie pojawiają się postaci przeciwnych płci są podsycone niezdrowym erotyzmem. Inna sprawa, która się z tym wiąże jest taka, że o ile Brett bardzo dobrze radzi sobie opisując pojedynczych bohaterów i to, co się z nimi dzieje, to w przypadku opisu relacji damsko – męskich już nieco kuleje, a niektórego fragmenty już są nie tyle lekko niezrozumiałe, co po prostu głupie i niedorzeczne. Nie wiem jak pozostałych, mnie w końcu ta nieustanna powtarzalność i przewidywalność wątku seksualności po prostu zmęczyła.

W zasadzie to by było na tyle jeżeli chodzi o zarzuty, jakie mogę skierować pod adresem Malowanego Człowieka. Teraz przyszedł czas na bardziej pozytywną stronę tej powieści. Co prawda nie porównywałbym (przynajmniej jeszcze nie teraz) Bretta do Le Guin, ale muszę przyznać, że autor stworzył niezwykle oryginalny i interesujący świat. Jest w nim wszystko to, czego potrzeba. Jest przemyślany, sprawnie skonstruowany, ma zazębiającą się historię i przede wszystkim… wciąga bez reszty. Zgodzę się tutaj ze słowami Jarosława Grzędowicza, który napisał: „Brett pokazuje, że także na gruncie fantasy można stworzyć wizje oryginalne. Ze wszech miar godne uwagi.” W pełni podpisuję się pod stwierdzeniem rękami i nogami. Świat stworzony przez Petera V. Bretta jest czymś innym, czymś, z czym jeszcze się nie spotkałem, czymś, do czego mam ochotę wracać, i czymś, co zdecydowanie ma w sobie bardzo duży potencjał.

Kolejną sprawą jest to, że Brett wymyślił bardzo ciekawe i interesujące postaci. Mam tutaj głównie na myśli tytułowego Malowanego Człowieka, który sam w sobie jest po prostu genialny. Ciekawy i niezwykle interesujący pomysł, a do tego bardzo dobrze zrealizowany. Przygody Arlena czyta się z prawdziwa przyjemnością, i uwierzcie mi… jak ta maszyna już się rozpędzi to nie ma siły żeby ją zatrzymać!

Sposób, w jaki pisze Brett jest taki, jakiego można oczekiwać od bestsellerowego pisarza. Łatwy w odbiorze, wciągający, i… co to dużo mówić? Brett pisze piekielnie dobrze, a wszystkie pochwały pod jego adresem są jak najbardziej uzasadnione. Jeżeli dalej będzie pisał w ten sposób to wróżę mu świetlaną przyszłość i zasłużone miejsce pośród najlepszych pisarzy fantasy. Mimo tego, że niektóre motywy są mniej lub bardziej interesujące, to jednak nie nudzimy się i nie zauważamy momentu, kiedy nagle znajdujemy się w połowie książki, a zegarek pokazuje nam, że jest już środek nocy. Czy można chcieć czegoś więcej?

Podsumowując wszystko to, co tutaj napisałem, to mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że mimo bądź co bądź sporych zarzutów, które można mieć do książki Bretta, to jednak śmiało można ją polecić każdemu fanowi fantastyki. Powieść Bretta jest na tyle dobra, oraz na tyle oryginalna i nietuzinkowa, że mimo wszystkich jej wad nadal jest warta przeczytania. Byłbym sceptyczny w mówieniu o tym, że Malowany Człowiek jest „najbardziej błyskotliwym debiutem fantastycznym ostatnich lat”, ale na pewno jest jednym z najlepszych i najgłośniejszych. Gorąco polecam każdemu. Moim zdaniem jeszcze nie raz usłyszymy o niezwykle utalentowanym amerykańskim pisarzu, jakim niewątpliwie jest Peter V. Brett.




Współpracujemy
Q-workshop EA Polska Fabryka Słów Wydawnictwo Portal Cenega Kuźnia Gier