Pod Grzechoczącymi Koścmi

Strona główna

MENU

SONDA

28

Mar 12

Megarecenzja: Mass Effect 3

Recepta Alfreda Hitchcocka na zajmujący film to: „najpierw jest trzęsienie ziemi a potem akcja nabiera tempa”. Dokładnie tak zaczyna się nasza przygoda w ostatniej części trylogii Mass Effect. Nim jednak przejdziemy do ciekawszych aspektów nowego dzieła BioWare, muszę powiedzieć, że miało ono fatalną premierę. Od samego początku grze towarzyszą niemałe problemy techniczne . Platforma Origin, wymagana przez grę, nie działa sprawnie. Przy instalacji zawiesiła się 4 razy, z czego 3 razy przy ponownym odpaleniu wykrywała brak połączenia z serwerami. Klucz CD też miał opory przy aktywacji. Nerwów było sporo. Gdy już zainstalowałem grę, okazało się, że patch który sygnalizuje nam Origin nie chce się ściągnąć. Na szczęście dało się grać bez niego. Przy próbie importu naszej postaci z ME1/2 czeka nas kolejna niemiła niespodzianka – w większości przypadków nie jest rozpoznawana twarz i musimy ją tworzyć od nowa! To już jest kompletna klapa. Tak poważny błąd dotyczący flagowego elementu gry potrafi doszczętnie zepsuć humor. Praktycznie każdy kto nie gra „oficjalnym” Shepardem będzie miał dylemat czy grać postacią która nie wygląda tak jak chcemy czy czekać na patch który naprawi ten błąd. Niestety do tej pory patch się nie ukazał, a ja zmuszony byłem przejść grę na PS3. No ale dość już wieszania psów – przejdźmy do tego co udało się znakomicie i zapiera dech w piersiach.

 

Galaktyka tętniąca życiem:

O ile pierwsza część Mass Effect oferowała raczej ubogie wnętrza, to nadrabiała otwartymi przestrzeniami, ekspedycjami w łaziku Mako i barwnymi cut-scenkami. W sequelu powierzchnia dostępna do zwiedzania znacznie się zmniejszyła, ale nabrała wyrazu, klimatu i szczegółów. Także dialogi i sekwencje filmowe uległy znacznej poprawie. Były też słabe strony – czuło się, że część lokacji jest martwa i przez całą kampanię nie zmienia się nawet o milimetr. Najlepiej było to widoczne na Cytadeli czy Ilium, gdzie wielokrotnie mijaliśmy sprzedawców powtarzających ten sam dialog z klientem. Lata szlifowania klejnotu jakim jest uniwersum Mass Effect pozwoliło wreszcie twórcom na stworzenie świata, który reaguje na nasze działania i rozwój fabuły. Przede wszystkim cut-scenki w ME3 są momentami tak dynamiczne, że gra zaczyna przypominać interaktywny film. Przejścia między trybem gry i filmu są płynne, czasem pojawiają się elementy nowej mechaniki jak np. spowolnione tempo. Największą jednak zmianą jest pełne ożywienie tła. Lokacje nie są już tylko małymi labiryntami zawieszonymi w pozornej i martwej przestrzeni – teraz całe ogromne połacie terenu zmieniają się na naszych oczach. Kolizje statków z budynkami, w których się znajdujemy, walące się ruiny oraz przede wszystkim Żniwiarze pustoszący galaktykę, są stałym i jak najbardziej żywym elementem naszej gry. Momentami efekt jest wręcz przytłaczający, choć w pozytywny sposób.

Inwazja Żniwiarzy odciska swoje piętno nie tylko na Ziemi, ale w całej galaktyce jaką znamy. Wraz z kolejnymi wizytami na Cytadeli nasze uszy będą łowić nowe pogłoski, a naszym oczom ukaże się stale powiększająca się liczba uchodźców. Wraz ze sobą przywiozą oni swoje lęki, obawy i problemy. Atmosfera gęstnieje, a my za każdym razem spotykamy kogoś z kim kiedyś zetknął nas los. Po raz pierwszy w całej trylogii odwiedzanie tego centralnego punktu galaktyki pomiędzy kolejnymi misjami ma sens! Co ważniejsze – załoga Normandii przestała gnić na pokładzie. Gdy ich dowódca schodzi na ląd i oni postanawiają zrobić sobie wolne. Możecie do nich dołączyć. Napić się z Vegą, wyciągnąć Joker’a na parkiet, namówić Garrus’a by wyluzował i wreszcie zrobił coś dla zabawy – w końcu możecie to zrobić. Wszystkie te nowe, małe ale sympatyczne interakcje dają ogromną satysfakcję. Więź jaką na przestrzeni tych kilku lat zbudowaliśmy z załogą, sojusznikami i ludźmi, którym pomogliśmy zaczyna działać w obie strony. Komandor Shepard nie jest już sam – galaktyka jednoczy się w ostatecznym krzyku sprzeciwu i jest to niesamowite uczucie.

 

Przyjaciele starzy i nowi:

W pierwotnym założeniu, trzecia część Mass Effect miała nie wprowadzać żadnych nowych członków załogi. Miała natomiast składać się z wybranych przez nas sojuszników jacy towarzyszyli nam dotychczas. Najwidoczniej było tu zbyt wiele zmiennych bo ostatecznie zrezygnowano z tego pomysłu. Wraz z atakiem Żniwiarzy na Ziemię do naszej ekipy powrócą Liara i Garrus. Zależnie od naszego wyboru na Vermire powróci też Kaidan lub Ashley. Całość dopełnia Tali, choć na jej udział trzeba chwilę zaczekać. Słowem – stara paczka w komplecie. Niestety nasz dawny druch Wrex będzie miał ważniejsze rzeczy do roboty, ale o tym za chwilę. Trzon naszej załogi wzbogacono o dwójkę nowych bohaterów. Pierwszym z nich jest James Vega, którego poznaliście w demie, a o drugiej postaci nie mogę wam nic powiedzieć bo byłby to straszliwy spoiler ;) Tak czy inaczej zarówno James jak i tajemnicza nieznajoma są bardzo ciekawymi barwnymi towarzyszami i w niczym nie ustępują weteranom poprzednich konfliktów.

Zastanawiacie się pewnie co stało się z załogą, która uczestniczyła w wydarzeniach drugiej części gry. Jeśli ich nie straciliście podczas misji samobójczej – wszyscy pojawią się w ME3! Część z nich stanie się nawet na określony czas grywalną częścią załogi podczas gdy inni będą ważnymi dla fabuły NPC-ami. Jest to kompromisowe rozwiązanie, ale jako takie wyszło świetnie. Możliwość spotkania starych znajomych i zobaczenia jak pod naszym wpływem zmienili się i podjęli własne inicjatywy daje poczucie dumy i satysfakcji. Oczywiście grupka starych znajomych nie ogranicza się tylko do załogi – powrócą kluczowe postacie niezależne jak dr. Chakwas czy Admirał Hakett. Praktycznie każdy kto kiedyś miał styczność z Komandorem Shepardem będzie miał w trzeciej części jakąś rolę do odegrania. Szczęka opadła mi gdy trafiłem na batariańskiego terrorystę z DLC ME1 „Bring Down The Sky” – tak, pomyśleli nawet o tym! Całokształt interakcji sprawia, że trylogia zamyka się w logiczną całość pokazując jak nasze wcześniejsze decyzje wpłynęły nie tylko na galaktykę ale i jej mieszkańców.

 

Arsenał Masowego Zniszczenia:

Już na pierwszy rzut oka widać, że twórcy wyciągnęli wnioski z poprzednich 2 części gry. Obecna inkarnacja systemu jest właściwie kompromisem między tymi dwoma wypróbowanymi wariantami. Po raz kolejny każda klasa postaci ma dostęp do wszystkich typów broni – pistoletów, pistoletów maszynowych, karabinów szturmowych, strzelb i karabinów snajperskich. Niesie to jednak pewną błyskotliwą innowację – im więcej broni niesiemy tym wolniej regenerują się nasze moce. Słowem, Adept może biegać z ciężkim karabinem i snajperką, ale jego moce biotyczne będą wykorzystywane 2 razy rzadziej. Jeśli wolimy skupić się na naszych zdolnościach klasowych, możemy skupić się na jednej, lekkiej broni (np. precyzyjnym pistolecie). Dzięki temu otrzymamy bonus do szybkości regeneracji, czyli ze swojej mocy korzystać będziemy dużo częściej. W praktyce jest to bardzo wygodne i powoduje czasem ciekawe dylematy, gdyż jak to mówią „nie można mieć wszystkiego”.

Większość modeli broni jakie mieliśmy w rękach pierwszych dwóch częściach Mass Effect pojawia się ponownie. Ponownie możemy je modyfikować i tym razem ma to wyraźne znaczenie. Obniżanie wagi, zwiększanie zasięgu i celności, dodanie celownika precyzyjnego – wszystko to może zadecydować o naszej skuteczności. Nie mamy natomiast w arsenale broni ciężkiej. Wszystkie wyrzutnie rakiet czy znany z misji Zaeed’a miotacz ognia, są podnoszone tylko na czas konkretnego zadania i porzucamy je gdy skończy się amunicja lub przestaną być potrzebne. Bez zmian pozostał system amunicji. Jeśli chodzi o wygodę, skuteczność, frajdę z komponowania arsenału i testowania go na wrogach – Mass Effect 3 wypada najlepiej z całej trylogii.

 

Multiplayer:

Na chwilę obecną nazwa „multiplayer” może być trochę myląca. Tryb dla wielu graczy który nam zaserwowano powinien właściwie nazywać cię Co-Op lub „cooperative”. Idea multiplayer od zawsze zakładała możliwość zmierzenia się z innymi graczami. Mass Effect 3 niestety nie daje nam tej możliwości. Możemy natomiast dołączyć do kilkuosobowej drużyny zmagającej się z kolejnymi falami sterowanych przez komputer wrogów. Takie Pinnacle Station (DLC do ME1) tylko, że dla kilku osób. Szkoda, że z tego co w innych grach jest jedną z opcji (np. tryb exterminatus w Space Marine) tutaj zrobiono główną, i za razem jedyną, atrakcję. Mam nadzieję, że z czasem dostaniemy inne tryby jak np. klasyczny drużynowy deathmatch, CTF czy jakże grywalny capture and control. Jeśli tak się nie stanie szybko zapomnimy, że Mass Effect 3 w ogóle ma multiplayer bo wrogowie komputerowi są przewidywalni, a walka z falami przeciwników jest nużąca.

 

 

I stanie się koniec…

 

„Of our elaborate plans, the end
Of everything that stands, the end
No safety or surprise, the end
I’ll never look into your eyes… again.”

                                            – The Doors „The End”

 

Nieuchronnie dążyliśmy do tego momentu i wreszcie nadszedł czas konfrontacji. Komandor Shepard zmierzył się ostatecznie ze swoim przeznaczeniem, a my musimy zmierzyć się z zakończeniem epickiej sagi Mass Effect. Zdaję sobie sprawę z tego, że każda trylogia najpierw przyciąga fanów, potem rozbudza ich emocje i ostatecznie musi stawić czoła ich oczekiwaniom. Nie jest to zadanie łatwe. Wiele razy historia pokazywała, że zakończenie sagi potrafi rozczarować, szczególnie gdy nie zamyka wątków i nie niesie ze sobą swoistego katharsis. Gdy już opadną emocje zauważamy, że w gruncie rzeczy cała trzecia część gry jest jednym wielkim zakończeniem. Kolejne wątki zamykane są w ramach misji, konsekwencje podjętych decyzji na bieżąco kształtują naszą rzeczywistość. Im dłużej gramy tym mniej jest niedopowiedzeń i niejasności. Niemal każda napotkana na naszej długiej drodze postać odnajduje w kocu swoje przeznaczenie. I gdy już wszystko zaczyna się układać w logiczną całość – następuje coś nieoczekiwanego. Nagły błysk, cliffhanger i oto jesteśmy oderwani od rzeczywistości. Kilka dialogów, rosnąca w gardle gula obaw, niepewność ciężko leżąca na żołądku niczym ołów i stajemy przed czymś na co nie byliśmy przygotowani. Ja wiem – to miało być epickie zakończenie. Miała być kulminacja uczucia walki z przeciwnościami losu w beznadziejnej sytuacji. Miało być ujawnienie tajemnicy wszechświata. Zamiast tego dostaliśmy kilka zdań wyjaśnienia które aż się prosi by powiedzieć je głosem prezentera Pimp My Ride. Końcowy wybór nie jest konsekwencją naszych dotychczasowych decyzji – jest postawieniem gracza z jedną ręką przykutą kajdankami do zderzaka samochodu i piłą chirurgiczną w drugiej. Czas ucieka, trzeba się zdecydować. W tym momencie rozumiesz, że wszystkie twoje decyzje miały już swoje konsekwencje – to rozdział zamknięty. W ostatecznym rozrachunku liczyć się będzie tylko „tu i teraz”. Niezależnie od tego co zrobimy – finał jest z góry przesądzony, a nam pozostaje jedynie iluzja wyboru i własna wyobraźnia. Gdy już z wyrazem niedowierzania wypisanym na twarzy przetrwamy napisy końcowe czeka nas najstarszy trik showbiznesu. Tymczasem internet eksploduje petycjami graczy domagających się innego zakończenia. To nie jest banda rozwydrzonych dzieciaków – to ludzie, któryż przez ponad pięć lat inwestowali swój czas, pieniądze i emocje w komandora Sheparda a on ostatecznie ich zawiódł.

Może jednak nie wszystko jest stracone? Finałowy etap gry pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. Cały czas mamy uczucie, że to po prostu nie może się tak skończyć. Doszły mnie pogłoski, że na krótko przed premierą miał miejsce przeciek dotyczący fabuły i w ostatniej chwili EA zdecydowało się przyspieszyć wydanie gry. Dokładna analiza zdarzeń i sygnałów potwierdza jedynie teorię, że to nie jest prawdziwe zaplanowane zakończenie gry a jedynie halucynacja. Inne źródła twierdzą, że w najbliższych miesiącach możemy spodziewać się DLC które to wszystko wyjaśni i ostatecznie zamknie historię Sheparda. Tłumaczyło by to powściągliwość z jaką zarówno EA jak i BioWare odpowiadają na zarzuty oburzonych graczy. Na chwilę obecną całym sercem jestem z rozżalonymi fanami Mass Effect – mają prawo czuć się oszukani. Jednakże myślę też, że jest zbyt wcześnie by stawiać kreskę na tym tytule. Nim wydamy ostateczny werdykt i wystawimy ocenę tej grze oraz całej trylogii – dajmy twórcom czas i szansę na wyjaśnienie tego całego zamieszania. Na chwilę obecną jest zbyt wiele niedomówień i sygnałów, że poszło nie tak jak powinno. Pozostaje nam cierpliwie czekać i mieć nadzieję…

 




Współpracujemy
Q-workshop EA Polska Fabryka Słów Wydawnictwo Portal Cenega Kuźnia Gier