Pod Grzechoczącymi Koścmi

Strona główna

MENU

SONDA

10

Mar 10

Pierwszy posłaniec – 1 miejsce konkus Dragon Age: Początek

Pierwszy posłaniec

Pędziła ścieżką jeleni. Koń nie miał na sobie jakiejkolwiek uprzęży, co w tej jedynej
chwili było zaletą, gdyż gęste zarośla po obu stronach nie miały o co zaczepiać. Oczywiście
poza kurtką i włosami jeźdźca. W czarny warkocz zaplątało się kilka już lekko pożółkłych
liści. Gwenn rzadko tędy jeździła, by nie przepłoszyć zwierzyny, tym razem jednak miała co
innego na głowie.

Jak chociażby pięciu rycerzy Zakonu. Byli nie dalej jak kilkadziesiąt metrów za nią,
kręta ścieżka nie pozwalała ich dostrzec ale kobieta wyraźnie słyszała ich krzyki.
Przekleństwa, złorzeczenia pod jej adresem, a także coś o uczciwym procesie. Jasssne…
pomyślała z przekąsem. Uważajcie bo się zatrzymam. Zyskiwała nad nimi przewagę nie tak
szybko jednak jakby sobie tego życzyła. W gęstym lesie nie mogła się rozpędzać, nie przy
tylu zakrętach.
Kary ogier potknął się o wystający korzeń, jednak zaraz odzyskał równowagę i biegł
dalej. Gwenn odruchowo zaklęła, ale wysiedziała niespodziewany wstrząs. Rycerze
przyjechali w chwili gdy go czyściła. I to że miała go pod ręką uratowało jej życie.
Wskoczyła na konia tak jak stała, nie było czasu na nic. Łuk i kołczan leżały kilka metrów
dalej, miecz wisiał na ścianie w domu ale równie dobrze mogły być w Orlais. Zanim
zdążyłaby dobiec byłaby martwa. A teraz musiała sobie radzić tylko ze sztyletem na biodrze.
Jazda bez siodła i ogłowia nie stanowiła wielkiego problemu, w końcu Xan był
wierzchowcem czystej krwi szkolonym przez nią od źrebaka.
Rycerze nie spodziewali się ucieczki. I Gwenn nie miała wątpliwości, że tylko dlatego
jej się udało. Nadjechali drogą od strony wioski. Nieśpiesznie wjechali na polanę na której
przycupnęła zrujnowana chatka. Po opuszczeniu wąskiej ścieżki rozproszyli się i zaczęli
zbliżać do stojącej obok małej wiaty, zmartwiałej kobiety. Powoli, ciągle w stępie, krok za
krokiem dając wyraz mściwej satysfakcji. Nonszalancko wyciągali miecze, każdy ich ruch
emanował pewnością siebie, wręcz krzyczał: Nie masz dokąd uciekać mała żmijo. Na
twarzach malowało się poczucie tryumfu, wargi zastygły w pogardliwych uśmiechach.
Gwenn pomyślała wtedy, że w tej jednej chwili zasłużyła sobie na tę pogardę. Za długo tu
siedziała, ktoś z wioski się pewnie domyślił. I zawiadomił templariuszy. A teraz dała się
podejść jak idiotka. Przecież ktoś musiał ją obserwować, dać im jakiś znak, że jest w domu,
że jest bezbronna. Plątała się tu od ładnych kilku chwil, powinna była coś zauważyć. Gdyby
wpadli na nią galopem nie zdążyłaby zrobić nawet dziesięciu kroków. Sekundę później
stwierdziła, że jednak jest idiotką skoro ciągle tu stoi. Wykrzyknęła komendę na którą Xan
wypadł z prowizorycznej stajni. Jak to dobrze, że nigdy go nie przywiązuje, pomyślała. W
ciągu kolejnych dwóch sekund, w trakcie których zdążyła wskoczyć na grzbiet wierzchowca
doszła do kolejnych, tym razem bardziej pocieszających wniosków. Stwierdziła mianowicie,
że ścigający ja panowie również nie grzeszą inteligencją i przezornością skoro zdecydowali
się na głupie szczucie i straszenie, zamiast zakończyć jak najszybciej niewygodną sprawę.
Podrywając konia do galopu widziała jak lekkie uśmiechy rycerzy zmieniają się w grymasy
zaskoczenia i gniewu. Dopiero teraz, widząc jak kobieta wymyka im się z rąk raczyli ruszyć
się żwawiej. W sensie najszybciej jak mogą. Dzięki ci Stwórco za takich ludzi. Tylko dzięki
nim jeszcze chodzę po tym świecie.
Dobra, w tych krzakach nic konkretnego nie da się zrobić. Ta ledwo widoczna
ścieżynka skończyła się ładnych parę chwil temu. Trzeba zjechać na trakt albo pola. Żebym
tylko wiedziała gdzie ja jestem, przemknęło jej przez głowę. Gwenn nie miała co prawda
czasu żeby się dokładniej przyjrzeć ale żaden z ciężkich, bojowych rumaków zakonników nie
wyglądał na długodystansowca. Nie miała wątpliwości, że na równej drodze zostawi ich z
tyłu. O, na przykład tutaj.
Skręt ciała, działanie nogami, wyuczona komenda. Koń odbił w lewo i na przełaj
przez las skierował się do ubitej drogi którą kobieta przed chwilą dostrzegła w oddali. To
chyba trakt z Darry do tej mieściny, jak jej tam… Nie pamiętała. Nigdy tu jeszcze nie była.
Zazwyczaj nie jeździła na południe, polowała spokojnie przy strumieniach na północy, więc
nie poznała jeszcze wszystkich tych ścieżek. W ostatniej chwili rzuciła się Xanowi na szyję,
chwytając się kurczowo grzywy – w efekcie jedynie zawadziła kołnierzem skórzanej kurtki o
grubą gałąź zamiast przywalić w nią czołem. Uświadomiła sobie, że się uśmiecha. To był ten
szaleńczy uśmiech który pojawiał się na jej twarzy pod wpływem adrenaliny, gdy śmierć
zaglądała w oczy, gdy czuła, że żyje. Kiedyś nie miała pojęcia o jego istnieniu. Dopiero
pewien mężczyzna u boku którego walczyła, po zakończonej bitwie, kiedy wszyscy stali po
kostki w błocie, zachlapani krwią, ranni i wyczerpani spojrzał jej w oczy i powiedział, że z
tym uśmiechem wygląda jak anioł śmierci. Podziękowała za komplement.
Gwenn odpędziła natrętne wspomnienie. Przytulona do końskiej grzywy zauważyła
przez moment pod kopytami wierzchowca bruk. Zniszczony, popękany i pokryty liśćmi.
Kopyta zadźwięczały głośno na kamieniach, gdy przecięli utwardzaną drogę. Skąd tutaj bruk?
Rzuciła okiem w prawo. Niedaleko wznosiły się ruiny. A raczej zapadały, poprawiła się w
myślach kobieta. Niewiele z nich zostało. I ze mnie niewiele zostanie, jeśli zaraz nie zacznę
zwracać uwagę na to co się dookoła mnie dzieje. Leżąc jak wór ziemniaków mam nad
wszystkim kontrolę jak nad decyzjami Stwórcy. Wyprostowała się więc, upewniwszy się
wpierw czy nie ma przed nią żadnych niespodzianek. Nie było. Był trakt.
A za nią byli rycerze. Nie widziała ich, nie słyszała ale nie była na tyle naiwna by
uznać, że to koniec pościgu. Zostawiła ślady jak oddział wojska. I była dla nich ważna. Teraz
po tym jak spartolili to, było nie było, łatwe zadanie i pozwolili jej się wymknąć stała się
jeszcze ważniejsza. Musi zwiększyć dystans. Nie pozostało więc nic innego jak dalej uciekać.
Ha, tylko dokąd? Gwenn nie bez problemów zatrzymała konia. Był pobudzony
gwałtownym biegiem i zrobił się dziwnie niespokojny. Kobieta ukryła na moment twarz w
dłoniach. Chwila oddechu, adrenalina powoli opadała. Myśl, nakazała sobie. Gdzie? Kluczyć
i wracać do domu? Odpada. Nie ma broni, nie ma zapasów i oni o tym wiedzą. Nie miała
pojęcia czy wszyscy templariusze za nią pojechali, czy któryś został. Pierwsze co by na ich
miejscu zrobiła po zgubieniu śladu to wysłanie kogoś do pilnowania tego miejsca. A zatem
musi założyć, że i oni na to wpadli. Xan parsknął i potrząsnął głową.
– Cicho – nakazała, rozmasowując twarz. Z niewiadomych powodów pomagało jej się
to skupić.
Więc do Darry? Nigdy tam nie była. Zdaje się, jest to średniej wielkości miasto z… no
tak, z jakąś mniejszą siedzibą Zakonu. Więcej rycerzy. To byłoby jak zakładanie sobie
stryczka na szyję. Poza tym to za daleko. W lesie też nie może zostać, jest jesień, bez żadnego
płaszcza i prowiantu sobie nie poradzi. A więc ta wioska, nazwy nie pamiętam. Xan znowu
nerwowo potrząsnął głową.
– No już, jedziemy.
Z oddali słychać było nawoływania.
Dalszy plan działania wyklarował się w głowie kobiety podczas jazdy. Jeśli wypadła
na drogę tam gdzie myślała, to takim tempie dotrze na miejsce w ciągu dwóch godzin. Jej
przybranego ojca zawsze dziwiło, w jaki sposób jego podopieczna po spojrzeniu na mapę
potrafi odtworzyć kierunki, drogi i odległości, a nie może spamiętać nowych nazw. Gwenn
śmiała się wtedy, że to jej romantyczna, kobieca natura wyraża potrzebę ciągłej podróży w
nieznane. Ojciec twierdził z kolei, że po prostu jej się nie chce uczyć.
Tak, czy inaczej po ciągłym galopie Xan będzie już mocno zmęczony, ale znała jego
wytrzymałość i wiedziała, że da radę. W pasie miała wewnętrzną kieszeń, a w niej schowane
pieniądze. To był pomysł który bardzo ułatwiał Gwenn życie. Pas generalnie miała zawsze na
sobie, a przez ostatni rok już dwa razy musiała uciekać porzucając wszystko. Co prawda
nigdy jeszcze nie zdarzyło się jej żeby skończyła bez broni. Czyli kolejna rzecz jaką trzeba
kupić poza prowiantem. Na siodło już pewnie nie starczy, ale musi załatwić jakieś ogłowie.
Jazda bez uprzęży wymagała ciągłej uwagi a to na dłuższą metę dość męczące. Co gorsza nie
miała pojęcia, ile będzie miała czasu zanim jej „eskorta” ją dogoni. Pewnie będą trzymać się
razem co oznacza, że tempo wyznacza najwolniejszy. A może po prostu zwolnią żeby nie
zajeździć wierzchowców. Tak, czy inaczej musi się śpieszyć. A później, już z płaszczem na
ramionach, mieczem przy boku i plecakiem pełnym zapasów Gwenn może się bawić z
rycerzami w kotka i myszkę po lesie. W tym akurat miała wprawę. Nie znajdą jej. Gdy się
postara, zacznie zacierać ślady potrafi przepaść jak kamień w wodę. Dokąd udać się po
zgubieniu templariuszy jeszcze nie zdecydowała.
Kolejny raz kobietę ogarnęła tęsknota i pragnienie powrotu do swoich. Do domu. Nie.
Nie, nie, nie. Zdusiła te uczucia w zarodku. Zdecydowałaś rok temu, tłumaczyła sobie
dobitnie. Zdecydowałaś, że radzisz sobie sama. No to radź sobie. Dorośnij dziewczyno. Od
pewnych decyzji nie ma odwołania. A poza tym się boisz, uświadomiła sobie gorzki fakt.
Gwenn westchnęła zrezygnowana, zaciskając dłonie na szorstkich kosmykach grzywy. Koń
zastrzygł uszami, parsknął i potrząsnął głową, ale posłusznie biegł dalej. Szyję, grzbiet i zad
miał mokre od potu.
– Już nie daleko Xan. Dasz radę. Damy radę – poprawiła się. Na ogarniające ją uczucie
zmęczenia tym wszystkim nie mogła poradzić już nic.
Zastanawiała się później jak to się stało, że to przeoczyła. Adrenalina, nerwy, stres na
pewno zrobiły swoje, ale przecież do powinna być zawsze czujna. Kiedyś była.
Wyliczenia okazały się prawidłowe. Dotarła do wioski w niecałe dwie godziny.
Zaalarmował ją zapach dymu. I krew. Gwenn zanim wyjechała na wzgórze z którego mogła
dostrzec położoną niedaleko w kotlinie wieś, zauważyła przy trakcie przysypaną niedbale
piachem plamę czerwieni. Kobieta zsiadła z konia i podeszła bliżej. To mogło być cokolwiek,
jednak wyglądało na coś więcej niż krwawienie z rozbitego nosa. Czyżby padł tu jakiś trup?
Krzaki niedaleko były trochę nadłamane, najwyraźniej niedawno ktoś się przez nie
przedzierał. Nie ważne, nie mam na to czasu, pomyślała Gwenn. Tak się składa, że dupa mi
się pali. Odwróciła się do Xana i zamarła. Kary ogier tulił uszy i potrząsał głową, patrząc na
drogę do wioski. Parsknął. I potrząsał głową…
Gwenn pamiętała jak wczoraj dzień gdy ojciec podarował jej pierwszego i jedynego
konia. Niespełna półroczny, długonogi źrebak stał w boksie i patrzył na nią czarnymi,
wilgotnymi oczami. Pokrywała go jeszcze miękka, dziecięca sierść. Ojciec położył
piętnastoletniej wtedy dziewczynie rękę na ramieniu.
– Ta rasa nazywa się Rhys. Kiedyś Szarzy Strażnicy dosiadali gryfów gdy wyruszali do
walki z mrocznym pomiotem. Lecz gryfy wymierały. Wiele z nich padło w boju razem ze
swoimi panami, część zabili ludzie. Według legendy kilka gryfów dobrowolnie, z własnej
woli, za pomocą starej magii zamieniło się w te wierzchowce by zniknąć z oczu ludzi i dalej
pomagać w walce z mrocznym pomiotem. Jednego z ich potomków masz właśnie przed sobą.
Ostrzeże cię gdy zło będzie w pobliżu.
– A tak naprawdę? – zapytała nie odrywając wzroku od źrebaka.
– A tak naprawdę – uśmiechnął się ojciec – to wszystkie konie w jakimś stopniu czują
obecność pomiotu. Jedne lepiej, inne gorzej. Ta rasa najwyraźniej. I koty oczywiście. Ale jak
przekonać kota by poinformował cię o niebezpieczeństwie? Chyba tylko swoim zniknięciem.
A ten tutaj poniesie cię kiedyś jak wiatr i da znać jeśli pomiot będzie blisko.
– Jak? – dziewczyna mówiła cicho by nie przepłoszyć źrebaka. Podszedł w końcu do
jej wyciągniętej ręki.
– Zależy jak go wyszkolisz. Kiedyś się tym zajmiemy. Na razie jest jeszcze za młody.
Xan parskał cicho i potrząsał głową. Tak go do cholery wyszkoliła. I on ciągle robił
swoje. A ona go ciągle ignorowała. Tylko dlatego, że nigdy jeszcze jej nie ostrzegał, bo po
prostu nie było okazji.
– Przyjęłam – powiedziała pospiesznie i poklepała go po gorącej, mokrej szyi.
Parował. Rozejrzała się szybko i skierowała w las po przeciwnej stronie niż plama krwi i
ślady. Koń podążał za nią z nosem przy jej ramieniu. Kobieta zastanawiała się, zagłębiając się
w las. Kiedy Xan wyczuł pomiot? Usiłowała sobie przypomnieć. Wszystko działo się tak
szybko. Hmm… Ruiny, stwierdziła. To tam się zaczęło. Właściwie zaraz za. Przed oczami
znowu pojawił jej się zawalony wieki temu, pokryty mchem budynek. Czy to jakieś wejście
na Głęboki Szlak? Bardzo wątpliwe. Ale jakie jest inne wytłumaczenie obecności w tamtej
okolicy mrocznego pomiotu? To tałatajstwo właściwie w ogóle nie opuszcza podziemi.
Gwenn rozejrzała się znowu. Odeszła już dość daleko od drogi, Xan nic nie sygnalizuje, więc
można zbliżyć się do wioski. Szła bardzo ostrożnie, lustrując co chwilę okolicę. Lepiej późno
niż wcale, pomyślała kwaśno. Las jak las. Jesień, feeria kolorów. Ociepliło się, ale po
porannym przymrozku opadło sporo liści. Szeleściły pod nogami w sposób niezwykle
irytujący dla kogoś, kto usiłuje zachować ciszę.
Po kilku minutach doszła do ściany lasu skąd miała widok na kotlinę nie gorszy niż z
drogi. Ale tu przynajmniej była ukryta i mogła obserwować nie będąc widzianą. Na wszelki
wypadek. To była duża osada, z drewnianą palisadą i kilkoma piętrowymi, murowanymi
domami. Mogłaby się kiedyś przekształcić w ładne miasteczko. Teraz już nie mogła.
Płonęła. Właściwie dogorywała. Większość domów była spalona, niektóre dogasały,
tylko kilka mogło poszczycić się długimi jęzorami ognia który łapczywie pożerał swój
posiłek. Kobieta pociągnęła nosem. Dym był ledwo wyczuwalny. Wiał lekki, południowy
wiatr nie dopuszczając zapachu A środkiem tego chaosu przechadzał się ludzki koszmar.
Plugawce, hurloki, zmory, wyliczała czując wewnętrzny chłód. Pożeracze. Stwórco, są
ich tu chyba z trzy setki. Może nawet więcej. Podpaliły miasto. Teraz zjadały zwłoki.
Niektóre pomioty wygrzebywały ze spalonych budynków częściowo zwęglone ciała inne
zajęły się tymi stosunkowo świeżymi. Ludzie woleli spłonąć w swoich domach, uświadomiła
sobie. Przecież ktoś musiał uciec. Przypomniała sobie krew na trakcie. Tyle, jeśli o to chodzi,
pomyślała. Do wioski został jej jeszcze kawałek drogi, pewnie takich uroczych krwawych
plam było tam więcej. Pewnie z kawałkami właścicieli. To stało się nie dalej jak dwa dni
temu, a najpewniej wczoraj. Jeżeli komuś udało się uciec w stronę Darry to ciągle jest w
drodze. O ile nic go nie zeżre. Gwenn pomyślała o ruinach. Współczucie dla panów rycerzy,
jeśli nie są dostatecznie szybcy. W sumie nie ważne skąd przyszły pomioty. Teraz są tutaj,
plątają się po lasach, ale chyba omijają trakt. Źle to wygląda.
Bardzo źle.
– Chyba jednak będziemy musieli wrócić do swoich Xan – powiedziała cicho. Do
swoich.
Do Szarych Strażników.
Już z daleka zobaczyła leżącego na drodze rycerza. Spodziewała się takiego widoku.
Czyli jednak siedzą w ruinach, pomyślała zbliżając się do ciała. Ostatecznie musiała dostać
się z powrotem do swojego domu, więc wracała ten kawałek taktem. Uznała, że jeżeli ma
wybierać pomiędzy templariuszami a pomiotem to zdecydowanie woli tych pierwszych. A
przynajmniej woli, gdy ma przy sobie jedynie sztylet. Nerwy miała do tej pory napięte jak
postronki. W jednej chwili rycerze przestali być problemem. A w następnej znowu zaczęli.
Bo leżący na ziemi człowiek wcale nie był martwy.
Chłopak miał może dwadzieścia lat, pewnie mniej. Nie miał na sobie pełnej zbroi, a
jedynie koszulkę kolczą. Nie był jeszcze templariuszem. Zapewne nowicjusz. Gwenn nie
zwróciła na niego wcześniej uwagi. Leżał na trakcie jak porzucona szmaciana lalka. Dojechał
tutaj i nie mógł dłużej utrzymać się w siodle. Nie dziwiła mu się. Bark miał rozharatany, może
nawet do kości, z uda wystawała rękojeść sztyletu, a sądząc po tym jak przyciskał dłoń do
boku pewnie miał złamanych kilka żeber. Miecz gdzieś zgubił. Jasne włosy kleiły się do
mokrego czoła, spazmatyczny oddech był przerywany cichymi jękami. Gniady koń stał kilka
kroków dalej i skubał rosnącą przy trakcie trawę. Kobieta podjechała i popatrzyła na leżącego
z góry. W zamglonych bólem oczach błysnął strach, kiedy ją rozpoznał. Westchnęła. O ileż
łatwiej byłoby gdyby rzeczywiście była taka jak chłopak myśli. Mogłaby go zostawić, dobić –
cokolwiek. Nikt by się nawet nie dowiedział. Ale nie tak ją uczono. Ojcze, bardzo utrudniłeś
mi życie, pomyślała zsuwając się z końskiego grzbietu.
Jasnowłosy nowicjusz obudził się z jękiem. Przez chwilę wodził nieprzytomnym
spojrzeniem po krokwiach podtrzymujących dach z gontu. Niektóre wydawały się
spróchniałe, inne wyglądały na dopiero co wymienione. Zapadł już zmrok. Wnętrze chaty
rozświetlała oliwna lampa i kilka świec. W powietrzu unosił się lekki zapach stęchlizny. Ból
wydawał się dziwnie odległy. Chłopak zobaczył stojącą przy łóżku kobietę której twarz
wyrażała całkowitą obojętność. Piękna pomyślał mętnie w pierwszej chwili. A w następnej
przypomniał sobie kim jest.
Gwenn Theridan, niedoszły Szary Strażnik, przybrana córka Duncana, dowódcy
Szarej Straży, morderczyni Baldora Ferrina, jednego z generałów Zakonu, wymykająca się
templariuszom od ponad roku. Słowa porucznika dowodzącego jego oddziałem odbijały się
echem w głowie młodego mężczyzny. Dwadzieścia sześć albo dwadzieścia siedem lat.
Przeszła szkolenie, ale nie została oficjalnie Strażnikiem. Niebezpieczna, do tej pory zabiła
kilku naszych, trzech trwale okaleczyła. Chłopak przypomniał sobie swojego wuja, który w
starciu z tą kobietą stracił dłoń, i po raz kolejny ogarnęły go gniew i nienawiść.
– Morderczyni – wysyczał niewiele myśląc i unosząc się lekko. – Żmija, dziwka,
tchórz – urwał, by zaczerpnąć oddech. Nie spodziewał się, że jest aż tak słaby.
Wyraz twarzy Gwenn podczas tej krótkiej przemowy nie zmienił się ani odrobinę.
Widząc, że chłopak skończył pochyliła się nad nim i klepnęła go w połamane żebra. Lekko
ale to wystarczyło by zobaczył wszystkie gwiazdy. Po chwili, gdy przestał już jęczeć
spojrzała mu w oczy. Tym razem z jawną groźbą.
– Nazwij mnie tchórzem jeszcze raz, a stanie się coś bardzo nieprzyjemnego. Dla
ciebie, oczywiście – wyciągnęła rękę w stronę szyi leżącego. Chłopak skulił się i pożałował,
że w ogóle się odzywał. Widząc jego strach kobieta uśmiechnęła się ironicznie, po czym
poprawiła mu opatrunek na barku. Dopiero teraz go zauważył. Zdał sobie sprawę, że żebra też
są przewiązane a nogę ma grubo owiniętą bandażami.
– Poza tym do mnie się mówi proszę pani, pani albo lady Theridan, dzieciaku.
Gwenn odwróciła się, po czym podeszła do leżących na stole sakw. Chłopak wodził za
nią spojrzeniem bojąc się protestować o tego dzieciaka. Kobieta w milczeniu pakowała
ubrania, brzęczące słoiczki, małą księgę, jedzenie. Nie było tego wiele. To co uznała za
zbędne wrzucała do leżącego pod ścianą kufra. Wszystkie działania były szybkie, ruchy
płynne. Nad żadną rzeczą nie zatrzymała się nawet na sekundę. Ranny zastanowił się
przelotnie ile razy ta czarnowłosa wojowniczka była w takiej sytuacji. Ile razy musiała w
pośpiechu uciekać. Przypomniał sobie opowieści templariuszy. Kilka co najmniej. Gwenn
przerwała zapadłe milczenie.
– Zaraz dam ci mocny środek przeciwbólowy – powiedziała spokojnie jakby
wcześniejsza wymiana zdań w ogóle nie miała miejsca. Słoiczki wpychane do drewnianej
szkatułki zabrzęczały cicho. – Będziesz trochę otumaniony. Później wrzucę cię na konia i
odwiozę do Starych Dębów. Przejeżdżaliście przez tą wioskę rano. Tam cię zostawię u kogoś
kto odwiezie cię do Darry. Istnieje taka możliwość, że w drodze zerwą ci się szwy, rany się
otworzą, a ty się wykrwawisz. Więc jeżeli jesteś religijny masz jeszcze chwilkę na modlitwę –
z głośnym trzaskiem zamknęła pudełko.
– Tylko się nie maż – rzuciła na widok przerażonej miny chłopaka. – Powiedziałam:
istnieje taka możliwość, a nie, że za chwilę umrzesz. Moje szwy są porządne.
– Dlaczego mi pomagasz? – zapytał biorąc się w garść. Starał się, aby jego głos
brzmiał twardo, ale nie był pewien na ile mu się to udaje.
– Nie wiem jak was uczą w tym całym Zakonie, ale mi wpajano szacunek do życia –
w jej tonie dało się wyczuć lekką złośliwość. – I obowiązek obrony bezbronnych przed
mrocznym pomiotem.
– Szacunek do życia?! Zamordowałaś lorda Ferrina! Poderżnęłaś mu gardło! –
wykrzyknął i natychmiast tego pożałował. Po głębszym wdechu żebra niemiłosiernie go
zabolały.
– Więc zapewne chcecie mi teraz podziękować za tę drobną przysługę. No widzisz,
młody człowieku, niestety mam brzydki zwyczaj zabijania każdego templariusza jakiego
spotkam. Taki nałóg – głos Gwenn wręcz ociekał sarkazmem. Zawiązała porządnie sakwy.-
Ale litościwy Stwórca mi to wybaczy, w końcu któż jest bez wad?
– Dlaczego go zabiłaś? – Chłopak uświadomił sobie, że czarnowłosa otwarcie coś
sugeruje. Drażniło go, że nie widzi w tych szarych oczach ani cienia skruchy.
Gwenn popatrzyła na leżącego z namysłem. Odwróciła się w stronę łóżka, ręce splotła
na piersiach a biodrem oparła się o, teraz już pusty, stół. Przy jej pasie wisiał jednoręczny
miecz. Rękojeść obciągnięta była wytartą skórą odrobinę jaśniejszą od czerni. Nowicjusz
dopiero teraz zauważył, że kobieta nosi broń przy prawym boku. Leworęczna.
– Wiesz – zaczęła powoli. – Jesteś pierwszą osobą która o to pyta. Generalnie nikogo
nie obchodzi dlaczego. Zazwyczaj interesuje was tylko gdzie jestem i jak mnie zabić. Tak z
ciekawości, kto ze Starych Dębów wam mnie wystawił?
– Młynarz. Dlaczego zabiłaś lorda Ferrina? – zapytał już z większym naciskiem. Jak
wszyscy nowicjusze szanował i podziwiał tego odważnego wojownika. Rozkazy które
otrzymali co do Gwenn Theridan były jasne. Nie sprowadzać do Zakonu. Zabić na miejscu.
Bez procesu. Wyrok już wydano. W efekcie zgłosił się na ochotnika.
– Zgwałcił mnie – głos miała spokojny. To oświadczenie skutecznie zamknęło
chłopakowi usta. – Człowiek którego wy teraz czcicie jak świętego. Poległy w boju i tak
dalej. W rzeczywistości cholerny sukinsyn. I jak ci się to teraz podoba?
Nie czekając na odpowiedź zabrała sakwy i wyszła w mrok na zewnątrz. Ranny przez
chwilę miał w głowie kompletny mętlik. Zasłyszane przed chwilą rewelacje, mieszały się z
wcześniejszymi opowieściami starszych rycerzy. Eskorta generała zarzeka się, że Gwenn
Theridan zamordowała Baldora Ferrina po rozmowie która skończyła się kłótnią. Krążyły
niepotwierdzone plotki, że kobieta była w nim szaleńczo zakochana i zaatakowała go, gdy ten
odrzucił jej afekty, pozostając wierny tylko Zakonowi. Jeżeli jednak było tak jak ona
mówiła… Chłopak poczuł się nagle bardzo źle i to nie z powodu ran. Kłamie, stwierdził, ale
sam w to nie wierzył. Musi kłamać. Wmawianie sobie tego było łatwiejsze niż uznanie, że
Zakon chciał zatuszować kompromitującą sytuację, dotyczącą jednego bardzo szanowanych
templariuszy.
– Kłamiesz – powiedział na głos kiedy kilka minut później Gwenn wróciła, już bez
sakw.
– Taaa, możesz tak mówić, lżej ci będzie. Poza tym mam to gdzieś – odpowiedziała z
niejakim roztargnieniem wyraźnie zajęta. I chyba rzeczywiście miała to gdzieś. Kobieta
zabrała wcześniej stojący na niskim stołku flakonik z mętnym płynem, a teraz w skupieniu
wlewała zawartość do glinianego kubka, licząc każdą kroplę. Następnie dolała do substancji
trochę wody i zamieszała.
– Ale dlaczego od razu zabijać? – głos chłopaka brzmiał niemal błagalnie. Był
wyraźnie rozbity. Przypomniał sobie jak przed chwilą nazwał tą kobietę dziwką. A ona nie
skomentowała. – Trzeba było przedstawić tę sprawę władzom Zakonu, na pewno po procesie
ukarałyby lorda… eee, no… Ferrin zostałby ukarany.
– Chyba trzydniowym postem – parsknęła. Była autentycznie rozbawiona.- Nie bądź
naiwny, nikt nie chwali się publicznie swoimi brudami. Zakon nie jest wyjątkiem. Ale, ale,
cóż to? Czyżbyś mi wierzył? – sarkazm był chyba dla niej naturalnym sposobem prowadzenia
rozmowy.
– Tak – wykrztusił to z siebie z uczuciem, jakby zdradzał swój ukochany Zakon.
– Tak, co?
– Tak, pani.
– Już lepiej. A wracając do wcześniejszego pytania… Dziewczynę… Nie, zaraz, ile ty
w ogóle masz lat?
-Siedemnaście – wymamrotał.
-Siedemnaście? No proszę, wyglądasz starzej. Wracając do sedna: dziewczynę masz?
– Nie – odparł rumieniąc się lekko.
– Siostrę?
– Dwie, pani.
– A jakby tak padło na którąś z nich?- zapytała patrząc mu w oczy. – Odpowiedz sobie
sam co byś zrobił.
Nie zastanawiał się długo.
– No dobrze, rozumiem – odpowiedział z westchnieniem które okupił kłuciem w boku.
I chyba rzeczywiście rozumiał.
– Widzisz. Poza tym Ferrin chciał mnie zabić po wszystkim. Tak w ogóle to władza
czasami niszczy ludzi. Niektórzy myślą, że stoją ponad prawem. Ogólnie pojętym. Chwila –
uniosła rękę widząc że nowicjusz chce jej przerwać. – Mówię o wszystkich. Królach,
bannach, władykach i tak dalej. Trzeba mieć mocny charakter żeby nie przekroczyć tej
cienkiej linii która odróżnia takiego od zwykłego człowieka. Rzecz w tym, że ja nie uważam
was za złych ludzi. Zakon wykonuje dobrą robotę, a wy jesteście zazwyczaj w porządku.
Szanuję templariuszy. Ale zabić się nie dam.
Podeszła do rannego z kubkiem w dłoni. Przysiadła na brzegu łóżka i uniosła mu
głowę.
– Pij – powiedziała jakoś łagodniej. – Za długo tu siedzimy. Mroczny pomiot zbliża się
z każdą chwilą. A ja nie wiem czy to plaga. Musimy ruszać.
Wypił posłusznie.
Droga do Starych Dębów zajęła im nieco ponad trzy godziny. Stępem, w niemal
całkowitych ciemnościach. Chłopak okazał się niewymagającym towarzyszem. Odpłynął
niemal natychmiast po podaniu środka przeciwbólowego. Gwenn ledwo zdążyła dowlec go
do czekających koni i usadzić w siodle. Sama usiadła za nim i starała się utrzymać go mniej
więcej w pozycji pionowej. Owinęła rannego szczelnie kocem. Miał gorączkę – to normalne
przy takich obrażeniach, ale niepokoiła ją ta całkowita bezwładność. Nie powiedziała tego
głośno, ale płyn który mu podała był właściwie dość mocnym narkotykiem. To tak czasem
działa, uspokajała samą siebie. Chłopak był dość sympatyczny i wolałaby żeby jednak
przeżył. Na początku była wściekła, że cokolwiek mu powiedziała. Nawet najbliższym nie
ujawniła co się stało, dusiła to w sobie zdecydowana przecierpieć ten emocjonalny kryzys w
milczeniu. Ale on zapytał, a ona powiedziała. Po chwili uznała jednak, że może jej się to
przydać. A nuż chłopak szepnie komuś słówko, opowie kolegom, zasieje wątpliwość co do
słuszności tych pościgów? I przede wszystkim powiadomi Zakon, że w tej okolicy pląta się
parę setek mrocznych pomiotów. Za mojego życia nigdy nie było ich tak wiele, pomyślała.
Czuła się jak ślepa. Nie miała tego dodatkowego zmysłu który pozwalałby jej wyczuć pomiot.
Musiała polegać na koniach. Obydwa były spokojne, tylko gniadosz który wlókł się z tyłu z
jukami na grzbiecie czasami kaszlał. Denerwowało to Gwenn niepomiernie, jako że na każdy
głośniejszy dźwięk prężyła się i odruchowo sięgała do rękojeści miecza. Gdy dotarli na
miejsce było już grubo po północy, a jej nerwy były zszargane jak nigdy.
Stare Dęby były niewielką wioską. Karczma gdzie spotykali się miejscowi, kapliczka
w której zawsze świeciło się światło, drewniane domy kryte gontem lub darnią, a w
centralnym miejscu, ogrodzony niskim, kamiennym murkiem rósł – a jakżeby inaczej – dąb.
Zapewne stary. Zabudowa jak wszędzie. Oczywiście w obecnej chwili niewiele widziała, ale
wpadała tutaj co kilka dni zatem naoglądała się już tej wioski wystarczająco. Przez ostatni rok
chowała się właśnie w takich miejscach. Podobnych osad były w Fereldenie setki. Od wczoraj
o jedną mniej.
Gwenn skierowała konia w stronę domu sołtysa. Jasnowłosy nowicjusz już od
jakiegoś czasu dawał nieśmiałe oznaki przytomności. Teraz kurczowo zaciskał dłonie na
przedramieniu którym Gwenn obejmowała go w pasie.
– Ranny, leż – rzuciła półgłosem.
– Cco? – zapytał chłopak zdezorientowany. A potem jeszcze mocniej wbił palce w
kurtkę kobiety gdy wierzchowiec delikatnie się położył. Gwenn ściągnęła go z siodła i
ułożyła na ziemi. Sprawdziła opatrunki. Nic nie przeciekało, więc jest dobrze. Zdjęła z ramion
płaszcz i okryła nim rannego. Zadrżała lekko – był mróz, ale go zignorowała. Teraz mogła
zająć się innymi sprawami.
Załomotała pięścią w drzwi domu sołtysa i czekała. Oparła czoło o framugę. Uderzyła
znowu. W środku usłyszała ciche głosy i szuranie stóp. Ktoś podszedł do drzwi, ale planował
ją przeczekać. Zapukała raz jeszcze.
– Otwórzcie panie – zawołała najbardziej płaczliwym głosem jaki mogła z siebie
wykrzesać. Ludzie byli tu z natury nieufni.
– Noc jest! Przyjdź jutro – mężczyzna mówił tonem który w zamierzeniu miał być
bardzo groźny.
– Otwórzcie! Nieszczęście się stało – jęczała Gwenn. Była pewna, że zdoła sołtysa
przegadać.
– Elsa? – zapytał zdziwiony. – To ty dziewczyno?
Elsa? W sumie czemu nie?
– Ja, panie. Ludzie w karczmie się poranili, jeden to nie wyżyje. Potrzebni jesteście,
rozsądzić ich trzeba – no, otwórz te drzwi, do cholery, myślała z rozdrażnieniem bębniąc
palcami po framudze.
Usłyszała odsuwany rygiel. Drzwi uchyliły się odrobinę, w szparze ukazała się
szeroka twarz sołtysa. Nim zdał sobie sprawę ze swojej pomyłki, Gwenn naparła barkiem na
grube, szorstkie deski. Jej lewa ręka wystrzeliła łapiąc mężczyznę za koszulę na piersiach, a
mocne pchnięcie posłało go na podłogę.
– Spokojnie, chcę porozmawiać – powiedziała już swoim zwykłym, chłodnym tonem,
wchodząc do domu. Na stole paliła się oliwna lampa. – Ale najpierw pójdziesz gdzieś ze mną.
Wstawaj.
Kobieta patrzyła cierpliwie jak sołtys niemrawo zbiera się z ziemi. Był niewielkim
człowieczkiem około czterdziestki. Spoglądał na nią ciągle wystraszony. Gdy wstał, Gwenn
ruchem głowy wskazała mu ciemność za drzwiami. Ruszył niepewnie. Rozpoznał ją,
oczywiście, ale w tej chwili zastanawiał się czy nie skończy z mieczem wbitym w plecy.
– Mam tu rannego – kobieta rozpoczęła wyjaśnienia, wychodząc za sołtysem. – Z
Zakonu. Bardzo ważny rycerz – skłamała. – Dzisiaj rano przejeżdżał tędy ze swoim
oddziałem. Jechali do tej osady na południu…
– Berne macie pewnie na myśli pani – odpowiedział mężczyzna, uspokajając się nieco.
Jeżeli chodzi o rannego templariusza, to ta kobieta pewnie nie ma złych zamiarów. Zbliżyli
się do rannego chłopaka.
– Tak, Berna. W każdym razie tej wioski już nie ma
– Jak to nie ma?! Toż to duża osada, co się mogło stać? – sołtys był wyraźnie
poruszony.
– Zajmijmy się najpierw chło…ekhm, ekhm … rycerzem – zakaszlała jeszcze kilka
razy. Wspólnymi siłami przenieśli rannego do małej izby w domu, po czym ułożyli go w
łóżku z którego sołtys musiał najpierw wygonić dwójkę dzieci. Chowały się, bardziej
zaciekawione niż wystraszone, za spódnicą matki która przyszła ze świecą w dłoni, a teraz
patrzyła na Gwenn i męża niepewnie.
– Greta, połóż dzieciaki spać, a później przyjdź tutaj. Rannego rycerza trzeba
doglądać. – Kobieta oddaliła się pospiesznie.
– A teraz powiedzcie pani, co się stało – mężczyzna spojrzał na Gwenn poważnie.
Pozytywnie ją zaskoczył. Jednak okazał się całkiem odważny i wcale nie głupi.
– Mroczny pomiot – powiedziała patrząc mu w oczy. – Ponad trzy setki. Zaatakowały
Berne, spaliły, zrównały z ziemią. To na piechotę dzień drogi stąd. Siedzą też w lesie. Dlatego
radzę wam: uciekajcie. Załadujcie na wozy co macie i schrońcie się za murami. Tego tu
rycerza – wskazała na rannego – trzeba odwieźć zaraz z rana do Darry. Musi powiadomić
Zakon, co się dzieje. Jak mówiłam to bardzo ważny człowiek – dodała na wszelki wypadek,
po czym łgała dalej. – Jak nikt nie będzie chciał jechać to powiedz, że jego rodzina zapłaci za
przysługę. Ja muszę ruszać. Powiadomić Szarych Strażników.
Dotarła na miejsce w ciągu ośmiu dni. Nie oszczędzała siebie ani Xana. A teraz
szukała w sobie sił jakie będą jej potrzebne do rozmowy z ojcem. Ktoś poszedł go
powiadomić o jej przybyciu. Czekała przed budynkiem. Nie, pomyślała, w tej chwili muszę
porozmawiać z Duncanem, przywódcą Szarej Straży. Na rodzinne dyskusje przyjdzie czas
później. Może. Pogłaskała stojącego obok Xana po szyi.
Duncan zjawił się po krótkiej chwili. Uderzy mnie, pomyślała kobieta spokojnie. Jest
wściekły. Z twarzy i szybkiego kroku jakim się do niej zbliżał wyraźnie przebijały emocje.
Nie uderzył. Zamiast tego chwycił ją za ramiona i nieświadomie zacisnął palce z siłą
żelaznych kleszczy.
– List Gwenn? – zapytał śmiertelnie spokojnie, ale oczy mówiły coś innego. – List?
Nie uważasz, że zasługuję na coś więcej? Że my zasługujemy na więcej?
– Mamy problem Szary Strażniku – odparła patrząc poważnie w te oczy w których
szalała burza. Uspokoił się trochę. Odrobinę rozluźnił uścisk dłoni. Czekał.
– Kilka setek mrocznych pomiotów – wyrzuciła z siebie kobieta. – I obawiam się, że to
dopiero początek. Początek. To może być plaga.
Spodziewaliśmy się tego. Czuwamy od stuleci. Obserwowaliśmy i oczekiwaliśmy
powrotu mrocznego pomiotu. Byli tacy którzy zwątpili, którzy zapomnieli, ale naszym
obowiązkiem jest pamiętać. Gdy pokój… czuwanie. Gdy wojna… zwycięstwo. Gdy śmierć…
poświęcenie. Oto, co znaczy być Szarym Strażnikiem. Wszyscy to wiemy.
Sprawy prywatne są teraz bez znaczenia.
– Mów…

Katarzyna Lurka




Współpracujemy
Q-workshop EA Polska Fabryka Słów Wydawnictwo Portal Cenega Kuźnia Gier