11
sty 11
Autor: Maritha | Kategoria: Kontuar
Zazwyczaj wyjątkowo sceptycznie podchodzę do wszystkich książek „na podstawie” i „na motywach”, więc do czytania „Podniesienia” zabrałam się bardzo ostrożnie. Jako że do tego rodzaju dzieł byłam uprzedzona, autor sprawił mi nie lada niespodziankę. W pozytywnym tego słowa znaczeniu, oczywiście.
Przede wszystkim opowiedziana historia zrobiła na mnie niesamowite wrażenie- wieczorem usiadłam, żeby trochę poczytać i nagle zrobiła się trzecia w nocy. Myślę, że cała twórczość spod znaku „Mass Effect” ma tendencję do kreacji dziur czasoprzestrzennych-bierzesz się za to tylko „na chwilę”, a później nie wiesz, kiedy tyle czasu zdążyło minąć… Fabuła w „Podniesieniu” zbudowana jest tak, że od książki nie sposób się oderwać, zgodnie ze sławnym cytatem Alfreda Hitchcocka: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.” Jak widać, dewiza ta sprawdza się niezależnie od formy przekazu.
Drugim aspektem powieści, który bardzo przypadł mi do gustu jest kreacja bohaterów. Są oni pieczołowicie stworzeni, pełni osobliwości i detali, które czynią ich bardziej realnymi i, co by tu dużo mówić, ludzkimi. Wahają się przy wyborach moralnych, mają wyrzuty sumienia i wady, których często autorzy nie nadają swoim postaciom. A umówmy się-mimo, że ludzkość w postaci rzesz nastolatek kocha nieskazitelnego wampira Edwarda, to jest on nieziemsko wręcz sztuczny i pretensjonalny. Bohaterowie „Podniesienia” żyją, a dzięki temu i my możemy wczuć się w fabułę i przeżywać opowieść znacznie intensywniej.
Również tłumaczenie, do którego chrzanienia mają tendencję niektórzy polscy tłumacze, jest wyjątkowo dobre. Ładnie wyważona jest translacja nazw własnych, dzięki czemu uniknięto skojarzeń podobnie nazywającymi się rzeczami w grze (chociażby tłumaczenie samego tytułu) oraz zostawienie w spokoju imion i niektórych nazw, co pozwoliło uniknąć groteskowych potworków (przykładem jest nieśmiertelny „Szpon śmierci” z Fallouta).
Niestety, jak nie ma róży bez kolców, tak nie ma książki bez wad, ale tutaj są one naprawdę niewielkie. Jednakże moja wrodzona czepliwość nie pozwala przejść mi koło nich obojętnie. Jest to absolutnie moja subiektywna opinia, ale opisy często są zbyt „pełnokrwiste”. I bynajmniej nie chodzi mi o przenośnię. Co jakiś czas, gdy zaczyna się większa akcja, uszkodzenia ciał bohaterów opisywane są wyjątkowo barwnie-jako osoba o słabych nerwach i bujnej wyobraźni musiałam wtedy zrobić sobie małą przerwę. Dla osób o normalnym poziomie wrażliwości niewątpliwie nie byłoby to tak wyraźne.
Podsumowując-„Podniesienie”, mimo mojego czarnowidztwa, okazało się całkiem porządnym kawałkiem literatury, który warto przeczytać. Jest to swego rodzaju most łączący wydarzenia z pierwszej i drugiej części gry. Jeśli grałeś w Mass Effect-jest to książka dla Ciebie. Jeśli nie grałeś-zagraj! :)
Źródło: PodGK
Tagi:Fabryka Słów, książka, recenzja
Widzę, że książka budzi różne odczucia, zależne pewnie od tego co kto lubi. Mi nie przypadła szczególnie do gustu. Tą część czytało mi się zdecydowanie lżej niż poprzednią za sprawą o wiele lepszego tłumaczenia (chociaż wolałabym żeby pani Milena zabrała się w końcu za Wrota 3 miast tłumaczyć :D). Bohaterowie – wróciła tak bardzo mnie irytująca Kahlee, tfu jest tu znowu główną bohaterką co mnie nie uszczęśliwiło. W większości postaci czegoś mi brakowało, coś nie pasowało. Szczątkową sympatię wzbudziła we mnie mała Gillian i właściwie najbardziej zainteresowały mnie fragmenty – bodajże dwa – w których wydarzenia opisywane są z jej punktu widzenia. I tu równocześnie przyczepie się do tej napędzającej książkę bohaterki – autystyczne dziecko z jakąś wyjątkową mocą. Zapachniało mi tu nie tak dawno wydanym Overlordem, jakby dwa razy podawano to samo.
Zgodzę się z tym, że czasami Karpyshyn jakby na siłę próbuje wcisnąć jakiś brutalny fragment. Bohater znajduje torturowaną osobę i zamiast enigmatycznego opisu, że ogólnie marnie wygląda i jest z nim źle, autor serwuje szczegółowe wynurzenia co z nim jest nie tak. We w miarę łagodnie opisanej książce jest wstawiony jeden taki fragment co zostawia mnie później z pytaniami: a po co to? a na co to? a jaki kretyn wybija zęby osobie od której chce uzyskać precyzyjne hasło?
Jeżeli miałabym podsumować moje narzekania, to pomimo skopanego tłumaczenia jednak pierwsza część bardziej przypadła mi do gustu, a to tylko z tego powodu, że przewijał się w niej Saren. Może nie jest to powszechne ale mnie jest ciężko polubić książkę jeżeli nie ma w niej choć jednego bohatera który wzbudza moją sympatię i któremu mogę „kibicować”. Ogólnie, imo książki stoją na poziomie trochę powyżej przeciętnej – czyta się je szybko i w miarę lekko, ale wiele im jeszcze brakuje.