Pod Grzechoczącymi Koścmi

Strona główna

MENU

SONDA

31

Mar 11

Recenzja DLC Arrival

Mass Effect 3 został zapowiedziany. Atak Żniwiarzy jest nieunikniony. Wydawałoby się, że do premiery ostatniej części sagi Mass Effect już nic się nie wydarzy – tymczasem, BioWare kolejny raz mnie zaskoczył. Dwa dni temu miała miejsce premiera ostatniego DLC do Mass Effect 2 – Arrival. Jest to także trzeci i finalny dodatek „mostkujący” fabułę drugiej i trzeciej części gry. Jeśli Overlord wyznaczył nowy standard klimatu, Shadow Broker nowy standard dynamiki akcji to Arrival udowadnia, że DLC może być dla fabuły sagi równie ważny co wątek główny właściwej gry…

Przy takiej pogodzie nic dziwnego, że Batarianie mają ciągłą deprechę...

Niby każdy wie, że w Shadow Broker’a dało się grać, a jednak farsa z „niekompatybilnością” ciągnie się nadal. Jeśli ktoś przestawił się na język angielski i mógł grać w towarzystwie Liary T’Soni – nie będzie miał żadnych problemów z pobraniem i instalacją najświeższego dodatku. Ponieważ ten temat był już przerabiany – puśćmy to w niepamięć w nadziei, że przy kolejnej części gry takie incydenty nie będą mieć miejsca. Tymczasem skupmy się na fabule oraz wrażeniach z Arrivala.

Wydarzenia zostają wprawione w ruch przez wiadomość od starego znajomego z Mass Effect 1 – admirała Haketta. O ile dotychczas był on dla nas jedynie klimatycznym głosem, którego użyczył mu Lance Henriksen, teraz wreszcie zobaczymy jego twarz. Lance’a pamiętacie zapewne z serialu Millenium oraz takich filmów jak Terminator czy Obcy: Decydujące Starcie. Pewne jest, że jego głos jest unikalny i niesamowicie klimatyczny, więc może lepiej, że w ME2 nie spróbowano go zastąpić polskim aktorem (wiem, że zrobiono to w ME1, ale chyba większość osób grała w wersję kinową). Nie mogę też pozbyć się wrażenia, że twarz Stevena Haketta też w jakiś sposób nawiązuje do tego niezwykłego aktora – ale to już oceńcie sami, zrobiłem nawet zestawienie w obrazku poniżej :)

Lance Henriksen jako Steven Hackett.

Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie prośba admirała, bym na powierzoną misję wyruszył samotnie. Z wyjątkiem kilku miniaturowych misji praktycznie nie zdarzyło się dotychczas, by komandor Shepard biegał bez swoich wiernych towarzyszy broni. A jednak – misja ratunkowa ma być utrzymana w tajemnicy, a my mamy wykonać zadanie po cichu i możliwie szybko. Gra jest warta świeczki, gdyż w Batariańskiej kolonii przetrzymywana jest agentka Sojuszu, Dr. Amanda Kenson, posiadająca rzekome dowody nadchodzącej inwazji Żniwiarzy. Jeśli coś ma przekonać twardogłowych z Sojuszu, że zbliża się wojna – jest to warte odnalezienia. Z tą myślą w głowie wyruszyłem na planetę znajdującą się chyba w najdalszym możliwym zakątku galaktyki.

Rozgrywka jest z początku bardzo klimatyczna. Skradamy się niczym w serii Splinter Cell. Wrogów zaskakujemy, eliminujemy po cichu – słowem, robimy coś co w Mass Effect nie zdarza się prawie wcale. Kilka momentów gdzie wreszcie możemy porządnie wykorzystać karabin snajperski czy kamuflaż Infiltratora – niesamowicie podnosi adrenalinę. Niestety klimat ten jest ulotny i planetę opuszczamy z wykopem, w typowo Shepardowskim stylu. Postaram się nie psuć Wam zabawy i nie powiedzieć zbyt wiele, ale chyba wszyscy, którzy czytają moje recenzje wiedzą, że istnieje takie ryzyko ;) Wracając do Arrivala – bardzo szybko zostaniemy rzuceni w wir wydarzeń i dynamicznej pogoni. Poza końcówką wydanego kilka tygodni temu Dragon Age 2, dawno nic nie trzymało mnie w takim napięciu jak ten DLC. Choć rozgrywka zajmuje około godziny – od pewnego momentu siedzieć będziemy z zapartym tchem, z zaledwie kilkoma chwilami na ponowne nabranie powietrza. Także poziom trudności podniósł się kolejny raz. Lair of the Shadow Broker był wymagający, ale mieliśmy wsparcie – w Arrivalu jesteśmy zdani na siebie. Mam nadzieję, że każde z Was dobrze poznało swoją postać – zrozumienie jej zdolności i ograniczeń będzie kluczem do sukcesu, gdy wrogowie zaczną nacierać ze wszystkich stron i nigdzie nie będzie Grunta osłaniającego nasz tyłek.

Dr. Kenson i Shepard

Gdy wreszcie gra ogłosiła zakończenie misji dopadło mnie znowu mieszane uczucie. Spodziewałem się epickiego zakończenia, a jednak okazało się, że niemal cały ten szaleńczy pęd był równomiernie epicki. To zdarza się niesłychanie rzadko, zwłaszcza, że BioWare przyzwyczaił nas do schematu „długo nic, a potem nagle wszystko się wali”. Także zawsze wyraźna możliwość podejmowania decyzji została tu mocno zatarta – praktycznie cały czas wyboru nie mamy, a wydarzenia niezależne od Shepard’a pchają nas naprzód. Chyba właśnie dlatego, gdy zakończycie grę, pojawi się to dziwne uczucie wpakowania się w niezły bajzel. Oprócz tego, coś jeszcze nie daje mi spokoju. Gdyby ten DLC uaktywniał się dopiero po przejściu głównego wątku Mass Effect 2, wszystko było by super. Jednakże jeśli ktoś, w przeciwieństwie do mnie, pobierze go nadal będąc w toku gry – może sobie popsuć na swój sposób zakończenie. Arrival miał potencjał bycia „ostatnim odcinkiem drugiego sezonu Mass Effect, zakończonym cliffhanger’em”, jednakże uparcie przytemperowano go tak, by dał się zjeść w połowie gry. To fatalnie, bo wyszło to ze szkodą dla gracza. Po przejściu gry – brakuje tu odwołań do wydarzeń Misji Samobójczej. W trakcie gry – jakby przyćmiewa jej główny cel: „skoro Żniwiarze już lecą i mam na to dowody, czemu ja biegam za jakimiś insektami porywającymi kolonistów?!”. Trochę psuje to założenie, nie? Mimo to dodatek jest unikalny i zupełnie odmienny od swoich poprzedników. Klimat, fabuła i akcja czynią go czymś, co koniecznie trzeba przejść przed przystąpieniem do Mass Effect 3. Jestem niemal pewien, że wydarzenia Arrivala odbiją się pewnym echem w ostatniej części gry. Może będzie to mini quest poboczny, może tylko smaczek – ale wyraźnie dano nam do zrozumienia, że czekają nas konsekwencje.

Ostatnie zabójcze spojrzenie Shepard'a przed Mass Effect 3

Na koniec mam dla was zagadkę i optymistyczny akcent. Mam nadzieję że przynajmniej część z was grała w DLC Bring Down The Sky do Mass Effect 1 (dostępny był np. w wydaniu gry z serii Platynowa Kolekcja). Jeśli tak – zastanówcie się grając w Arrival: co robicie i gdzie jesteście – myślę, że szybko zauważycie ironię całej tej sytuacji…

Ocena: 8/10

PS: Podobno 8 to najczęstsza ocena którą wystawiam produktom BioWare. Choć przecież są na świetnym poziomie i gra się w nie z ogromną frajdą  –  jednak zawsze musi byś w nich jakieś niedopatrzenie, przeoczenie czy coś czego później nam brakuje… Cóż, droga do perfekcji łatwa nie jest, ale BioWare raczej się nie podda.




Współpracujemy
Q-workshop EA Polska Fabryka Słów Wydawnictwo Portal Cenega Kuźnia Gier