Pod Grzechoczącymi Koścmi

Strona główna

MENU

SONDA

20

Lut 10

Na Rozstaju

Dzień był słoneczny, nie był tak parny i duszny jak to bywa czasami, lecz przyjemny i wręcz ożywczy – chyba tak to właśnie mogę nazwać, ożywczy. Otóż szedłem właśnie drogą, która wedle wskazówek starca spotkanego po drodze, miała doprowadzić mnie do rozstaju gdzie skręcić miałem w prawo, kierując się tym samym w stronę miasta. Szedłem sobie z wolna pogrywając na lutni i zachwycając się otaczającą mnie przyrodą, a promienie słońca co jakiś czas przedzierały się przez konary drzew i ogrzewały moją twarz.

W odgłosach lasu dało się słyszeć ćwierkot ptaków i lekki szum wiatru, który muskał gdzieś wysoko korony drzew. – Ahh… – westchnąłem i uśmiechnąłem się do siebie, bo nie miałem żadnego towarzysza z którym mógłbym podzielić się swoimi przemyśleniami na temat nowej ballady, która właśnie nasunęła mi się na myśl.
Szedłem w tym błogim stanie jeszcze jakieś kilka kilometrów, rozmyślając i kontemplując, kiedy moim oczom ukazała się polana. Trakt wychodził z lasu i skręcał ostro w prawo prowadząc wzdłuż granicy starego drzewostanu. Na szczęście swoją wędrówkę rozpocząłem jeszcze rano, kiedy księżyc chował się za horyzontem a o słońcu jeszcze nie było mowy, więc dzięki temu teraz nie musiałem iść w jego pełnym blasku, a miłe powiewy wiatru ochładzały całe ciało. Wiatr ustał po jakimś czasie, lecz wydało mi się to dziwne: z jedną chwilą wiał, a już w drugiej zrobiło się cicho, poczułem skwar. I wtedy ją zobaczyłem.
Siedziała na zwalonej kłodzie zrąbanej zapewne przez jakiegoś drwala pod znakiem, który dawał znać przechodzącym, że to jest właśnie rozstaj dróg, i że należy wybrać tą odpowiednią by dojść do obranego celu. Paliła długą fajkę, wypuszczając biały jak mleko dym, tak jakby się nim bawiła, z wolna. Nie dawała znać po sobie by cokolwiek po za tym interesowało ją wokół. Szedłem cicho, tak by jej nie wystraszyć, myśląc, że jeszcze mnie nie zauważyła. Podchodząc bliżej przyjrzałem się jej dokładnie. Ubrana była w długą, purpurowo – fioletową suknię zakrywającą nogi, lecz spory dekolt odkrywał wydatne piersi co przez sekundę przykuło uwagę moich oczu. Jej ciemne, kręcone włosy opadały na ramiona, a oczy spoglądały gdzieś w dal lub biegły za ulatniającym się dymem. Na moje wprawne oko była już w pełni tego słowa znaczeniu kobietą i nie da się ukryć, kobietą atrakcyjną. Uwagę, prócz dekoltu, przyciągała także fajka, którą trzymała w dłoni – przyozdobiona tak by wyglądała niczym otwarty kwiat jakiegoś nieznanego mi dotychczas gatunku rośliny. Twórca tej fajki z pewnością był mistrzem w swoim fachu, bo nie widziałem jeszcze tak wprawnie i detalicznie wykonanego rzeźbienia w drewnie na tak małej przestrzeni. Zdziwił mnie ten widok niewiasty popalającej fajkę, siedzącej zupełnie samej na tej dość sporadycznie uczęszczanej drodze.
Miałem zamiar przejść obok, nie chcąc jej przeszkodzić, jednak to ona odezwała się pierwsza ku mojemu zaskoczeniu.
– Witaj, bardzie – powiedziała, nie patrząc nawet na mnie.
– Witaj, nieznajoma – odparłem, unosząc otwartą dłoń w geście powitania.
Spojrzała w moje oczy, a raczej gdzieś głębiej, w jakieś zakamarki mojego umysłu i przez chwilę czułem, że moje ciało staje się bezsilne z powodu jej wzroku. Patrzyła tak na mnie, a mnie wydawało się, że ta chwila trwa całe wieki – po moich plecach przeszedł dreszcz. Jej oczy, coś było w jej oczach co nie dawało spokoju, ten kolor przypominał burzowe chmury na morzu, kiedy fale ustają, a wokół panuje bezmierna cisza, niebezpieczne, a zarazem pełne spokoju i… nostalgii?- usiądź koło mnie i zagraj mi coś, proszę – usiadłem bez słowa, a moje palce poruszyły struny lutni.
Grałem samą melodię, bez słów, lecz wydawało mi się, że ona zna słowa, tak jak zna moje myśli, grałem i z każdą kolejną chwilą kiedy muzyka wytaczała czas zdawało mi się, że znam tą kobietę, że gdzieś, kiedyś… . A ona siedziała tylko i paliła smukłą fajkę.

Kiedy skończyłem, obróciła się do mnie i uśmiechnęła, lecz kiedy spojrzałem w jej oczy dostrzegłem smutek i żal – dziękuję ci bardzie, to piękna pieśń, która grać będzie już na zawsze w mojej duszy – coś kazało mi wstać i iść dalej, nie obracając się nawet, i kiedy byłem już za rozstajem dróg, jej imię do mnie powróciło, jakby wyjęte z zanadrza mojej pamięci, obróciłem się by krzyknąć – An…! – lecz głos utknął mi w gardle, a nad zwaloną kłodą unosił się już tylko biały jak mleko dym.




Współpracujemy
Q-workshop EA Polska Fabryka Słów Wydawnictwo Portal Cenega Kuźnia Gier