Pod Grzechoczącymi Koścmi

Strona główna

MENU

SONDA

20

kwi 10

Odcinek 2. Początek.

Beskid Sądecki. Warownia Kruka.
Godzina 23:55, 28 września 34 roku.

Jadalnia była urządzona w takim samym stylu jak reszta warowni. Ponury średniowieczny gotyk przytłaczał. Oboje byli tu do niespełna pół godziny a juz mieli dość tego miejsca.

Do sali wszedł niski starszy mężczyzna. Potężne okulary wzmacniały jego karykaturalny wygląd niskiego grubasa.
- Witam serdecznie. – Jego uśmiech nie pasował do surowych ścian. – Proszę siadać. Nazywam się pułkownik Artur Paczkowski. Będę waszym gospodarzem. Mojego adiutanta juz poznaliście. – W drzwiach za Liza i porucznikiem stanęło trzech mężczyzn.
Kapitan był ubrany w lekko wypłowiały mundur, który miał chyba grać role czegoś na specjalne okoliczności. Jednak to nie strój przyciągnął wzroku obojga a dwóch mężczyzn stojących obok. Pierwszy miał około metra dziewięćdziesięciu wzrostu. Był żylasty z mocno zarysowana szczeka i ramionami. Jego twarz była lekko ogorzała. Trudno było stwierdzić ile ma lat. Liza dawała mu około trzydziestu może trochę mniej. Miał duże bystre ciemne oczy i krótką wojskowa fryzurę. Tuż przy kołnierzu od munduru wystawał bandaż na szyi.
Trzeci z mężczyzn był trochę wyższy. Nosił odrobinę dłuższe włosy niż nakazywał regulamin wojskowy. Jego wiek również trudno było określić. Niebieskie duże oczy i trochę słabsze rysy twarzy stały jakby w sprzeczności z wysportowana sylwetka i surowym wojskowym mundurem.
- O to panowie Milthar i Lambert. – Obaj mężczyźni ukłonili się lekko. Ich twarze były niczym z kamienia.
- Miło mi. – Liza niemal skoczyła do przodu by uścisnąć dłonie obu mężczyzn. Ostatnio w swoim życiu cierpiała na niedostatek przystojnych mężczyzn. – Doktor Liza.
- Siadajmy. – Zaproponował pułkownik.
Kapitan wskazał miejsca gości tak aby siedzieli na przeciwko pułkownika Miltahra i Lamberta.
Rozmawiali o wszystkim i o niczym przez dobrą godzinę. Pułkownika interesowały przede wszystkim najnowsze wieści ze sztabu generalnego. Spowodowało to, że ciężar rozmowy spadł na Gabriela. Porucznik miał naturalny talent do prowadzenia konwersacji. Choć nie mówił nic szczególnie ważnego ani ekscytującego to jednak wszyscy słuchali go z uwagą i żywym zainteresowaniem. Nawet Liza zaczęła się przysłuchiwać. Głos Gabriela był kojący.
Po godzinie jednak najwyraźniej przyszedł czas na przejście do sedna sprawy. Rozpoczął pułkownik.
- Pewnie zastanawiacie się dlaczego tu jesteście. – Pułkownik zrobił efektowną pauzę. – Otóż jak wiecie warownia Kruka prowadzi akcje rozpoznawcze głęboko na południe aż do terenów mutantów.
Gabriel wiedział, że to nie jest jedyne przeznaczenie tego dziwnego miejsca ale nie miał dostatecznie wysokiego stanowiska w wywiadzie by znać tę tajemnicę.
- Nasze działania. – Kontynuował pułkownik. – dostarczają kolektywowi dużo informacji wywiadowczych dzięki czemu armia wie czego można się spodziewać po hordach z południa.
- Nie jest ich tam chyba za wiele. – Wtrącił Gabriel. Nie lubił kiedy ktoś próbuje zamazać przed nim prawdę. Porucznik wiedział doskonale, że na północ od warowni Kruka nie ma prawie mutantów a ci, którzy są nie mają całkowicie znaczenia militarnego. Kolektyw to wielkie mrowisko. nie boi się byle kogo.
- To fakt. – Przyznał pułkownik i zmierzył Gabriela chłodnym spojrzeniem. – Jednak w ostatnim okresie czasu nasz zwiad co i rusz napotyka na niepokojące ślady bytności nowego gatunku.
Liza pochyliła się lekko do przodu jakby bała się, że nie usłyszy wszystkich szczegółów.
- Nowy gatunek? – Gabriel był lekko zaskoczony.
- Tak. Według naszej oceny mutacja zalicza się do kategorii VX poziomu pierwszego.
Gabriel zagwizdał z wrażenia. Liza otworzyła z wrażenia usta na imponującą szerokość.
- Nie możliwe. – Wyszeptała po chwili pani doktor.
Pułkownik nic nie odpowiedział, jedynie pokiwał twierdząco głową.
- To musi być jakiś błąd. Mutacje powodowane przez bronie kategorii VX są zbyt inwazyjne, organizm poddany przemianie umiera po kilku dniach.
- Te żyją dłużej. – Skomentował cichy do tej pory Milthar. – Znacznie dłużej.
- Jakim cudem?
- Na to pytanie muszą mi państwo dopowiedzieć. – Pułkownik lekko się uśmiechnął.

Bieszczady.
Godzina 12:34, 29 września 34 roku.

Szli wąwozem. Nie więcej niż pięćdziesięciu plus porwani. Zachowywali maksymalną czujność ale nie miał to znaczenia. Już byli martwi. Zbyt się śpieszyli i nie puścili zwiadu przed sobą. Błąd. Duży błąd.
Strzelcy byli już gotowi, ukryci w zaroślach i pod maskującymi płaszczami. Tym razem nie będzie granatów. Wśród wziętych w jasyr ludzi byli bliscy tych, którzy mieli za raz zaatakować.
Czoło kolumny mutantów doszło do wyznaczonego miejsca. Pierwszy otworzył ogień Szary i jego pluton. Po chwili strzelali już wszyscy. Zaczęła się rzeź.

Beskid Sądecki. Warownia Kruka.
Godzina 12:36, 29 września 34 roku.

Następnego dnia od rana Liza studiowała dane, które zebrali ludzie pułkownika. Miała już obraz sprawy. Jednak nadal zastanawiała się co właściwie się tu dzieje. Kim byli ci dwaj mężczyźni? Nie wyglądali ani na naukowców ani na typowych wojaków.
Liza analizowała całe spotkanie jeszcze raz. Nie podobało się jej to miejsce. Nie podobało się jej, że pułkownik nie mówi mi wszystkiego.
Czas na pierwsze odpowiedzi.
W sali siedziało sześciu mężczyzn. Dwóch już znała. Milthar i Lambert siedzieli przy stole. Obok nich czterech pozostałych mężczyzn piło jakiś zielony płyn. Wszyscy byli podobnie zbudowani. Różnili się nieznacznie od siebie. Te same fryzury i mundury.
- Witam panów. – Przywitała się Liza. Nie miała nic przeciwko spędzeniu chwili czasu pośród tej szóstki. – Nazywa się doktor Liza i mam panom pomoc rozwiązać pewien problem. Zacznijmy od zza raz.
Usiadła przy stole. Do sali wszedł Gabriel z blokiem rysunkowym i baterią ołówków.
- Mam nadziej ze wszyscy panowie znają juz problematykę. – Wszyscy kiwnęli potakująco głową. – Doskonale. W takim razie podsumujmy szybko to co mamy. A mamy niestety niewiele. Po pierwsze co panowie mogą mi odpowiedzieć? Pułkownik twierdzi, że panowie byli najbliżej tego nowego mutanta.
- To fakt. Bydlak dostał sześć trafień amunicją 7.62 a i tak uciekł. – Lambert był zdecydowanie najbardziej wygadany z całego towarzystwa. – Jest szybki i zwinny. Musi mieć niebywale silne zmysły. Dwa razy na niego wpadliśmy i za każdy razem z dala nas wyczuwał.
- Jak wygląda? – Do rozmowy wtrącił się Gabriel.
Mężczyźni popatrzyli po sobie i zaczęli opowieść. Gabriel rozpoczął szkicowanie.

Bieszczady.
Godzina 12:40, 29 września 34 roku.

Żołnierze z bieszczadzkich siły samoobronny znani powszechnie jako granicznicy przeszukiwali pobojowisko. Mutancie zginęli tam gdzie stali, zaledwie kilku zdołało odpowiedzieć ogniem. Grymas przerażenia zastygł na ich twarzach. Czas był by pozbierać z pobojowiska sprzęt wroga.
Młody chłopak zwany wśród reszty swojego oddziału jako Ryś dostrzegł coś pod zwałem trupów przed sobą. Przesunął jedno z ciał. Jego oczom ujawniła się niemiłosiernie umorusana dziewczyna o bardzo ciemnej karnacji. Chłopak sprawdził tętno na szyi. Żyła choć serce ledwo biło. Ryś zarepetował bron i wycelował w głowę dziewczyny. Normalnie dobijał mutanty nożem ale nie wiedzieć dlaczego chciał ją dobić w miarę bezboleśnie. Chyba dlatego, że w przeciwieństwie do innych mutantów nie była zdeformowana. była nawet całkiem ładna przez co zbyt przypominała człowieka. Jednak mutant to mutant.
- Poczekaj!
Zza pleców Rysia wyłonił się Szary. Uklęknął przy dziewczynie i zaczął ją oglądać. Bardzo dokładnie. Wyjął nóż i rozciął dziewczynie ubranie. Chłopakowi na chwilę zabrakło tchu.
- Może być zaminowana. – Skłamał Szary.
Musiał się upewnić. Sprawdził każdy zakamarek ciała dziewczyny całkowicie oddzierając ją z ubrania. Wiedział kim jest od razu kiedy ją zobaczył ale lata wojny w górach nauczyły go niemal obsesyjnej ostrożności. Był najstarszym dowódcą graniczników jedynym, który służył w armii przed zagładą jedynym, który pamiętał stare czasy i jedynym, który widział na oczy latynoski takie jak ta przed nim. Wojny z mutantami wytworzył wśród ludzi zamieszkujących te tereny silny strach przed mutacjami. Każdy kto choć trochę się różnił był uważany za mutanta. Wroga, którego należało zniszczyć.
Szary popatrzył znów na twarz dziewczyny. Skąd ty się tu wzięłaś? Spytał sam siebie w myślach. Na nadgarstkach miała rany co oznacza, że mutanci też uważali ją za obcego. Nie była na pewno od nich a tym bardziej od ludzi z Bieszczad. Co gorsza teraz była po stornie graniczników a to oznacza, że jest bardziej zagrożona niż wśród mutantów. Coś zakuło boleśnie w sercu Szarego. Nie miała szans. Rozwalą ją. Chyba, że. Była szansa. Mała ale była.
- To mogę ją rozwalić? – Spytał niecierpliwie Ryś.
Szary zdjął z siebie płaszcz i otulił w niego dziewczynę. Wziął ją na ręce. nie była ciężka.
- To jakiś nowy gatunek. Zabiorę ją do Ostoi. – Skłamał i odszedł.

Beskid Sądecki. Warownia Kruka.
Godzina 17:20, 29 września 34 roku.

Gabriel rozprostował zgrabiałe palce. Popatrzył z dumą na kilka szkiców leżących na stole. W sali był tylko on i przeglądająca notatki Liza.
- Co o tym myślisz? – Spytał się dziewczyny.
- Trzy metry wysokości, wielka szczęka, humanoidalny wygląd, wysoka inteligencja i wyczulone zmysły. To nie jest zmutowane zwierze. To musi być jakiś twór sprzed dnia zero.
- I tak nagle się pojawił? Po trzydziestu latach? – Zapytał sceptycznie Gabriel.
- Może to gatunek wędrowny. W sumie bez okazu pod moim skalpelem trudno mi cokolwiek stwierdzić.
Liza zaczęła przeglądać szkice Gabriela.
- Paskudny to on jest. – Stwierdziła patrząc na rysunki. – Bardzo dokładnie go narysowałeś.
- To dzięki tym kolesiom. Normalnie jak mi opowiadają ludzie co widzieli to szkice wyglądają jakby ktoś w nie rzucił płotem. Nic praktycznie nie da się w nich zobaczyć. Ludzie jak widzą coś nowego i strasznego szybko wyrzucają to z pamięci i przez to zamazuje się obraz. Ale ci.
- Tak?
- Ci żołnierze widzieli go kilka chwil i to z daleka a są w stanie odtworzyć w pamięci najmniejszy szczegół. Nie wiele ludzi to potrafi a dla nich to żaden problem. Po prostu pamiętają.
Zapadła chwila ciszy.
- Cholera bez próbek nic w sumie nie mogą o tym powiedzieć. – Wskazała na szczerzącą się ostrymi zębami paszczę na rysunku.

Bieszczady. Warownia „Ostoja”.
Godzina 18:59, 29 września 34 roku.

Warownia była oddalona o dziesięć kilometrów i nosiła dumną nazwę „Ostoja”. Według legendy był tu kiedyś pub o tej samej nazwie. Teraz dawna wieś została przerobiona na ufortyfikowaną placówkę i bazę wypadową dla graniczników oraz dom dla kilkudziesięciu rodzin.
Szary miął strażników przy bramie. Na placu stała już karawana z konfederacji. Nie widać było nigdzie Kamila Pawła ale Szary wiedział, że stary pijak oblewa jeszcze udaną transakcję. Miał trochę czasu.
Lazaret był otwarty ale nikogo nie było w poczekalni. Szary wszedł z przewieszoną przez ramię dziewczyną do środka. Wszedł do gabinetu.
Oczko podskoczyła na równe nogi niezdarnie próbując zapiąć koszulę. Potężny rumieniec zapalił się na jej twarzy.  Natomiast siedzący na krześle doktor nie wyglądał na zażenowanego i powoli wstał zakładając podkoszulkę. Był nie zadowolony, że Szary nie zapukał.
- To wszystko siostro. Zawołam panią jak będę jeszcze czegoś potrzebował. – Rzucił sarkastycznie doktor.
Dziewczyna wyszła z gabinetu z nisko opuszczoną głową. Szary zmierzył starego przyjaciela surowym spojrzeniem.
- No co? Sama na mnie leci. – Bronił się lekko rozbawiony doktor. – Po za tym to się nazywa szkolenie personelu.
- Nie ważne. – Szary rozejrzał się dookoła jakby bojąc się, że ktoś jeszcze może być w gabinecie. – Potrzebuje twojej pomoc.
Doktor spojrzał badawczo na owinięte ciało przerzucone przez ramię Szarego.
-  Coś nowego?
- Sam zobaczysz. – Szary i doktor wyszli z gabinetu do sali.
Wszystkie łóżka były wolne. Szary położył dziewczynę na najdalszym. Odwinął ją z płaszcza. Doktor aż zagwizdał.
- Skąd to masz?
- Po ostatniej akcji.
Doktor nachylił się nad dziewczyną i od razu zaczął ją badać.
- Trochę nie dożywiona i odwodniona. – Oglądał dokładnie ciało dziewczyny. – Brak zewnętrznych mutacji. Cholera nieźle jest zbudowana. – Doktor aż oblizał wargi.
- Skup się. – Warknął Szary.
Żaden z nich nie wiedział, że dziewczyna słuchał ich uważnie.
- Dobra. Spoko. – Doktor zamyślił się. – Nie jest mutantem ale naszych ziomków to nie przekona. Jest zbyt opalona i ma inne rysy twarzy niż wszyscy tu. Mogę ją postawić na nogi ale powieszą ją jak tylko się zorientują, że tu jest. Nikt nie pamięta, że ludzie mają inny kolor skóry niż biały.
Serce dziewczyn zaczęło bić mocniej z przerażenia.
- Wiem. A co grosze jeśli zaczniemy ją ukrywać to my też zawiśniemy.
- Jak to my? – Zdziwił się doktor.
- No chyba mnie nie zostawisz?
- Patryk ty stary gnoju.
Szary zaśmiał się. Tylko doktor wiedział jak miał naprawdę na imię.
- Spokojnie doktorku mam plan. Jest tu karawana konfederacji. Jej szef Kamil Paweł jest moim stary znajomym. Jest mi coś dłużny.
- Dlaczego tak chcesz ryzykować? Pod tym brudnym podkoszulkiem znów zaczęło bić serce?
- Pamiętasz Alicję? – Spytał smutno Szary.
- Rozumiem. – Doktor nie zadawał więcej pytań.




Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Anti-Spam Protection by WP-SpamFree

Współpracujemy
Q-workshop EA Polska Fabryka Słów Wydawnictwo Portal Cenega Kuźnia Gier