21
kwi 10
Autor: Fallen | Kategoria: Opowiadania
Beskid Sądecki. Warownia Kruka.
Godzina 2:39, 30 września 34 roku.
Liza biegła ile sił w nogach. Korytarz był długi ciemny i wilgotny. Potworny ból w sercu narastał uniemożliwiając praktycznie dalszą ucieczkę. Za następnym zakrętem wpadła na Gabriela, który złapał ją w ramiona. Trzymał tak chwilę patrząc na nią czule. Pocałowali się.
![]()
Długo i namiętnie. Liza poczuła pieczenie na języku, z sykiem bólu odsunęła od siebie porucznika. Jego twarz była zimna i nie ruchoma. Nagle z ust trysnęła krew a czaszka mężczyzny eksplodowała niczym rzucony z wysoka arbuz. W miejscu, w którym stał jakby z podziemi wyłonił się mutant. Był cały szaro grafitowy tak jak ołówek, którego Gabriel używał do rysowania. Tak jak na papierze potwór miał wielkie szczęki z trzema rzędami ostrych zębów, potężne acz nieco przy długie ręce zakończone pazurami i ramiona przypominające przęsło mostu.
Kobieta rzuciła się od ucieczki ale było za późno. Świat zawirował gdy mutant rzucił Lizą o ścianę. Zbliżył się a jego cuchnący odór uderzył ze zdwojoną siłą. Fiołki. Liza ich nienawidziła. Szczęka rozwarła się a kobieta poczuła jak spada w bezkresną otchłań w jaką zmieniła się paszcza stwora. Umysł Lizy stwierdził, że tego już za wiele.
W warowni Kruka nikt nie usłyszał cichego krzyku budzącej się Lizy. Nikt oprócz Gabriela, który obudził się po chwili. Nie mógł jednak sobie przypomnieć co go obudziło.
Liza nalała sobie wody. Miała napuchnięte oczy od płaczu. Ostatnio często płakała przez sen.
Otaczająca ją ciemność była straszna. Lepka wydawała się przyklejać do ciała razem z setkami innych przerażających istot płodzonych przez przestraszony umysł dziewczyny. W takich chwilach była przerażona samotnością. Potrzebowała kogoś.. By nie czuć takiej strasznej pustki dookoła. By nie bać się przez resztę nocy. Wstała i wykorzystując ostanie rezerwy odwagi jakie jej pozostały wyszła z pokoju na korytarz. Pokój Gabriela był obok a drzwi nie były zamknięte.
Porucznik zdążył już przysnąć gdy do jego pokoju weszła Liza.
- Gabriel śpisz? – Spytała.
Mężczyzna nie odpowiedział. Właśnie zaczynał się jeden z jego ulubionych snów. On i sześć uczennic.
- Gabriel śpisz? – Tym razem Liza szturchnęła mężczyznę ręką.
Lewa powieka Gabriela rozwarła się a oko nieśmiało sprawdziło przedpole. Było ciemno. Umysł podpowiadał że to nadal sen.
- Gabriel! – Krzyknęła Liza.
Mężczyzna niemal zerwała się z łóżka.
- Co?! – Spytał się choć nie wiedział za dobrze z kim rozmawia.
- Mam prośbę. – Liza ściszyła głos jakby się bała, że ktoś ją usłyszy. – Nie chce spać dziś sama. Mogę się położyć obok?
Ku zaskoczeniu dziewczyny Gabriel niezdarnie przesunął się na łóżku robiąc jej miejsce, nie rzucił żadnego komentarza, nie wykorzystał nadarzającej się okazji do zabawy dwuznacznościami. Po prostu zrobił jej miejsce, wydzielił trochę własnego materaca robiącego za kołdrę i oddał jej poduszkę.
- Dziękuje poruczniku.
Bieszczady.
Godzina 14:01, 30 września 34 roku.
Zapach. Zapach. Zapach. Cel. Cel. Cel. Zabić. Zabić. Zabić.
Nowy ślad. Była tu. Wielu brudnych mutantów. Poszli tam.
Szybciej. Szybciej. Szybciej.
Krew? Krew. Krew! Tam w wąwozie. Zapach. Ludzie? Ludzie. Ludzie!
Bieszczady.
Godzina 14:03, 30 września 34 roku.
Ryś ostatni raz spojrzał na pobojowisko. Krew zabitych mutantów rozmoczyła ścieżkę. Jak przyjdzie deszcz nie będzie śladu po walce.
Chłopka ruszył za resztą grupy. Byli tylną strażą ale wcale nie niska atrakcyjność tego zadania dręczyła chłopaka. Myślała ciągle o Szarym i o tym co zrobił. Po co zabrał tamtą mutantkę? Dlaczego to zrobił?
Chłopak stwierdził, że będzie musiał to zgłosić. Lubił Szarego ale mężczyzna był przed wojennym a takim nie można przesadnie ufać. Ryś wiedział, że jego raport może zaszkodzić weteranowi ale zasady to zasady.
Coś poruszyło krzaki na zboczu nad nim.
- Uwaga! – Ktoś krzyknął, potem był ryk i strzały.
Bieszczady.
Godzina 14:05, 30 września 34 roku.
Słodki smak krwi. Dziesięciu było. Dziewięć nie żyło. Żywy. Zapach? Zapach. Zapach? Tak! Jej!
Myśli. Jego myśli. Boli go! On wie! Mów! Szary? Szary. Szary! Zabrał? Zabrał. Zabrał! Gdzie? Ostoja. Daleko? Nie.
Krew! Krew! Krew!
Giżycko. Pałac Matrony.
Godzina 15:19, 30 września 34 roku.
Salon był niesmacznie przesycony słabym gustem zmieszanym w dużej proporcji z krzykliwym aż bogactwem. Meble sprawiały wrażenie, że zostały wybrane jedynie ze względu na dużą ilość złotawych zdobień i elementów krwistej czerwieni. Wszystko było wypucowane i stało w jaskrawym kontraście z widokiem za oknem. Konfederacja dopiero była na dorobku ale Anzelm Arkadiusz Zakrzewski czuł już potęgę tego państewka. Jako spadkobierca rodziny Zakrzewskich jednej z sześciu rodzin rządzących konfederacją czuł, że jego czas nadchodzi. Na przeszkodzie stała jedynie jego matka, kobieta która przyczyniła się do powstania konfederacji i ukształtowania jej.
Anzelm wziął kolejny łyk wina. Często myślał o tym co jego rodzicielka przeszła przez te trzydzieści kilka lat od końca wojny. Zaczynała jako zwykła szeregowa dziwka w rządzonym przez bandytów mieście. Dzięki determinacji i niebywałemu sprytowi wywalczyła sobie pozycję. Najpierw nożem potem słowem. To była jej maksyma. Tak zaczęła, od mordowania tych, którzy stali jej na drodze by w końcu zakończyć wojny gangów i stworzyć konfederację. Teraz stała na czele sześciu rodzin tworzących to dziwaczne państewko. Przed wojną nazywano takie rodziny mafią, teraz to gwarancja pokoju i stabilności. Ludzie dobrze pamiętają te dziesięć lat po wojnie podczas, których nie było prawa ani zasad. Teraz każda rodzina ma swój obszar, na którym stanowi prawo. Matka Anzelma świetnie to wszystko wymyśliła ale. jej choroba była nieubłagana. Obłęd to jedna z najgorszych rzeczy jakie może spotkać przywódcę.
Mężczyzna patrzył przez okno. Myślał nad tym co ma zamiar zrobić. Jeszcze sześć lat temu nie miałby szans. Najukochańsza mamusia kazała by go rozwalić. Nie lubiła spiskowców ale teraz straciła czujność. Konfederacja nie potrzebuje takiego władcy. Ojcowie chrzestni rodzin panujących nie widzą tego jeszcze, nadal się jej boją ale nie on. Już niedługo przyjdzie pora na zmiany. Zrobi to tak jak go uczyła, najpierw nożem potem słowem.
Ktoś zapukał do drzwi.
- Wejść! – Rozkazał Anzelm przywykły do wydawania poleceń maluczkim.
W drzwiach pojawiał się łysa głowa starszego mężczyzny.
- O co chodzi Janie? – Spytał Anzelm już nieco łagodniej.
- Przyszła.
- Która? Przecież jest dopiero szesnasta.
- Pani Major Maria Izabela.
Anzelm spojrzał z zaskoczeniem na swój złoty zegarek.
- O rany zapomniałem! Wprowadź ją natychmiast. Aaa! Jeszcze jedno powiedz Romanowi Arkadiuszowi że dziś chce blondynkę.
- Tak panie. – Stary służący zniknął za drzwiami.
Zaczęło się. Już niedługo Anzelm Arkadiusz Zakrzewski uruchomi tryby wielkiej machin, która zaprowadzi go na szczyt.
Do pokoju weszła młoda zgrabna dziewczyna w mundurze konnych sił konfederacji, jedynej formacji, która przypomniała regularne wojsko. Anzelm wiedział, że dobrze wybrał. Ciężko było znaleźć kogoś odpowiedniego do tej misji. Dziewczyna była młoda, sprawna fizycznie, brała udział w walkach, potrafiła wykonywać rozkazy i zawdzięczała awans wyłącznie protekcji Anzelma co powodowało, że z całych sił chciała mu udowodnić, że zasłużyła.
Mężczyzna zmierzył ją wzrokiem. Długie buty jeździeckie i obcisłe spodnie bardzo spodobały się Anzelmowi jednak ze smutkiem musiał przyznać, że od pasa w górę strój dziewczyny nie pobudzał wcale jego lekko skrzywionej wyobraźni. Lekko przyduża ciepła kurtka z naszywkami oddziału i jak na gust obserwatora zbyt sporym kołnierzem ukrywał pozostałe atuty dziewczyny przez co nie była już tak bardzo apetyczna.
- Na rozkaz! – Dziewczyna wyprężyła się na baczność. Anzelm skrzywił się z niesmakiem, nie lubił żołnierzy.
- Spocznij. – Rzucił sarkastycznie, dziewczyna od tego momentu zupełnie przestała go interesować fizycznie. Choć musiał przyznać, że to tylko ułatwi mu zadanie. – Proszę usiąść majorze.
Dziewczyna wykonała polecenie.
- Kolektyw przysłał odpowiedz. – Anzelm zrobił efektowną pauzę gdyż wiedział, że pani major bardzo czekała na odpowiedz. – Przyślą nam instruktora by dopatrzył nasz proces szkolenia.
- Jednego człowieka? – Zdziwiła się dziewczyna. – W obozie szkoleniowym mamy trzy tysiące ludzi.
- Wiem. – Przyznał spokojnie Anzelm nie przejmując się zbytnio opinią pani major. – Będzie korygował jedynie nasze błędy. Zespół do którego należała pani chyba czegoś się nauczył? W kolektywie siedzieliście w końcu sześć tygodni.
- Tak ale nikt z naszych oficerów nie ma doświadczenie w działaniach tak dużej jednostki jaką jest nasza nowo formująca się armia.
Anzelm wykonał nie określony ruch ręką by powstrzymać panią major od dalszych dywagacji.
- Dlatego przez pewien okres nasza armia będzie pod dowództwem pana majora. – Mężczyzna sięgnął do kieszeni by przypomnieć sobie nazwisko oddelegowanego oficera. – Silnickiego. Andrzeja Silnickiego. A pani zadaniem będzie obserwowanie tego żołdaka przez cały czas. Chce mieć raporty codziennie. Chce wiedzieć wszystko, co majorowi się podoba co nie, jakie zmiany wprowadził w organizacji armii. Po prostu wszystko co dotyczy wyszkolenia naszej armii i zmian jakie major Silnicki wprowadził w niej.
- Codziennie? – Spytała lekko zszokowana Maria.
- Codziennie.
Bieszczady. Warownia „Ostoja”.
Godzina 3:34, 1 października 34 roku.
Szary wstał z pryczy. Nie mógł zasnąć od tego chrapania. W sali leżało na pryczach jeszcze czternaście osób z drugiego plutonu, głównie dzieciaków jak na standardy starego weterana.
Podłoga lekko zaskrzypiała gdy Szary ostrożnie ruszył do drzwi. Chłodne powietrze owiało mu twarz. W warowni wszystkie światła paliły się na linii wałów obronnych oprócz jednego światełka na poddaszu lazaretu. Mężczyzna skrzywił się gdy tylko do jego uszu doszły dźwięki z poddasza. Doktorek znów zmienia specjalizację z chirurga na. Szary nie chciał myśleć nad tym dalej. Postanowił się przejść.
W kieszeni miał tytoń i bibułkę. Przeklął pod nosem, że nie wyjął ich z kieszeni.
Nim Szary skręcił swój lek na bezsenność zdążyły dojść aż pod samą bramę warowni. Palące się światło w wartowni zniechęciło mężczyznę do dalszej podróży w tamtą stronę. Ewentualna rozmowa z wartownikiem o imieniu Walik nie skusiła Szarego, który skręcił w lewo i wszedł między baraki z blachy falistej w których spali żołnierze.
Gdy usłyszał sapanie zza rogu zwątpił. Nie miał zamiaru przyłapać jakiś dzieciaków na zabawach w dorosłych. Rzucił wypalonego papierosa w kałużę i zawrócił. Przeszedł kilka kroków i oparł się o krawędź baraku. Było zimno i palce miały problemy ze skręceniem bibułki.
Szary znieruchomiał. Coś w jego głowie uderzyło w gong alarmowy. Mężczyzna obrócił się powoli za siebie. Światło księżyca odbijało się w dwóch wielkich zimnych oczach a lepka ślina skapywała z masywnej przepastnej szczęki. W nozdrza Szarego uderzył potworny smród z przepastnych trzewi stwora.
- Kurna. – Zdążył wymamrotać pod nosem Szary.
Źródło: PodGK
Tagi:aktualności, opowiadanie