22
kwi 10
Autor: Fallen | Kategoria: Opowiadania
Bieszczady. Warownia „Ostoja”.
Godzina 3:51, 1 października 34 roku.
Ciało Szarego zareagowało instynktownie. W ostatniej chwili skoczył w bok o włos unikając łap mutanta. Stwór rozszarpał powietrze w miejscu, w którym przed chwilą stał mężczyzna. Ręka Szarego odruchowo sięgnęła po bagnet przy pasie. Jednak ku jego przerażeniu nie było tam błogosławionego kawałka stali.
![]()
Mutant rzucił swoją ofiarę na ścianę baraku z taką siłą, że Szary stracił na chwilę orientację. Wielkie pazurzaste łapy wbiły się w skronie weterana a jakaś nieznana do tej pory siła wdarła się do jego umysłu. Ból był potworny.
Gdzieś pod czaszką mężczyzny zaczęły padać pytania. Głos był obleśny i zimny jakby należał do samej śmierci.
Szary nie miał w zwyczaju poddawać się. Ostatkiem sił wpił kciuki w oczy stwora. Potworny ryk niemal go ogłuszył jednak stwór puścił Szarego. Weteran odturlał się na bok wiedząc, że stwór obudził już wszystkich ludzi w tej części Bieszczad.
Z wartowni przy bramie wybiegł zaskoczony, Walik, widząc mutanta stanął jak wryty.
- Strzelaj idioto! – Wrzasnął Szary.
Wartownicy z wałów zaalarmowani hałasem oświetlili stwora światłem z latarek. Mutant, który zrozumiał, że czas na taktyczny odwrót zerwał się do ucieczki.
Szary podciął biegnącego mutanta.
- A ty gdzie?!
Walik zaczął strzelać. Większość pocisków przeleciało nad głową stwora a reszta rozorała ziemię dookoła niego.
Szary zerwał się na równe nogi ignorując ból w ramieniu, który zafundowała mu zabłąkana kula z karabinu wartownika. Cały obóz wrzał już. Z koszar i wartowni wybiegali kolejni żołnierze. Wielu nie miało pełnej garderoby a ich rozbiegane oczy rozglądały się zaskoczone dookoła na szczęście szybko ogniskowali źrenice na wielkim dwunożnym stworze przy bramie.
Szary skoczył na plecy wstającego mutanta, pod którym rosła czerwona kałuża. Przez obolałą głowę przeszła mu myśl, że jednak seria Walika nie była aż tak bardzo niecelna. Chwilę potem, gdy ranny mutant rzucił nim o ścianę mężczyzna doszedł do wniosku, że jednak troszkę przecenił swoje siły.
Nie miało to znaczenia. Dookoła mutanta zebrał się już dostatecznie duży oddział pograniczników żeby przerobić go na durszlak. Stwor padł na ziemie przeszyty kilkunastoma kulami.
Na północ od Olecka.
Godzina 11:56, 2 października 34 roku.
Głową rodziny Pieczeniewiczów był starszy, szczupły mężczyzna o osadzonych głęboko w czaszce oczach. Jego chude kościste palce delikatnie ściskały kieliszek obserwując jego zawartość pod światło.
- Wiesz, że dużo ryzykujemy. – Jego rozmówca siedział naprzeciwko i obserwował mijaną okolicę przez przyciemniane szyby samochodu. – Jeśli to się wyda stracimy głowy.
Anzelm wiedział, że starszy mężczyzna ma rację.
- Kto nie ryzykuje ten nic nie zyskuje. – Odpowiedział po chwili sentencjonalnie.
- Ile ostatecznie tego będzie?
- Mamy cztery obozy szkoleniowe. W głównym jest trzy tysiące a w pozostałych jeszcze osiem.
- Do tego dojdą siły konne i milicja?
- Jeśli nas poprą to tak.
- Przypomnij mi jeszcze raz jak to będzie wyglądało.
Anzelm był przyzwyczajony do tego. Stary Pieczeniewicz lubił się wsłuchiwać w plan i jeszcze raz go całościowo analizować. To właśnie ta cecha powodowała, że mężczyzna nie miał w zwyczaju popełniać błędów.
- Plan jest prosty. Oficjalnie tworzymy trzytysięczną armię w celu zapewnienia bezpieczeństwa konfederacji. Obaj wiemy, że zebranie się hordy jest możliwe i w takim wypadku nasze siły zostaną zgniecione, dlatego tworzymy dodatkowe. Wiemy, że Matrona tego nie zaakceptuje, więc trzeba będzie ją usunąć. Za kilka tygodni wyjedzie do pałacu zimowego i właśnie wtedy uderzymy. Zamkniemy ją w areszcie domowym i wkroczymy armią. Pozostałe rodziny albo się podporządkują albo umrą. Z kolektywem już wszystko ustalone. Gdy tylko przejmiemy władzę oni uznają ciągłość władzy u nas i zapewnią wsparcie w pokonaniu mutantów ze wschodu. Ich wywiad osłania nasze działania.
- A co z tym Silnickim?
- Kolektyw dał mu specjalną kopertę z instrukcjami, którą ma otworzyć, gdy poddamy mu odpowiednie hasło.
- Jakie to hasło?
- Dzień zrównania.
Okolice Siemiatycz. Posterunek numer 3.
Godzina 12:05, 2 października 34 roku.
Maria Izabela przejrzała szybko kilka kartek z instrukcjami, które otrzymała, od Zakrzewskiego. Maksymalna tajność była tu priorytetem, choć dziewczyna nie wiedziała za bardzo, dlaczego. Konfederacja miała mieć tajną armię? Dlaczego? Przecież wojsko jest po to by zapewnić bezpieczeństwo a to oznacza budowę baz i strażnic, a takich rzeczy nie da się utajnić. Maria miała, co raz większe wrażenie, że wdepnęła i to bardzo. Zbyt szybko awansowała jak na swój wiek i doświadczenie. Na początku Zakrzewski skusił ją wizją awansu i szkolenia w akademii wojskowej kolektywu w Stolicy. Strasznie się zawiodła, gdy wylądowała na samej granicy kolektywu w jakimś zapomnianym ośrodku szkolenia rekrutów. Tam też wszystko było tajne łamane przez poufne. Szybko wśród jej kolegów i koleżanek odbywających szkolenie pojawiły się dowcipy o tym, że cała armia kolektywu wygląda jak ta rudera, w której wylądowali. Maria wiedziała, że tak nie jest. Wiedziała, że kolektyw posiada silną armię przypominającą tą sprzed wojny. Niestety słyszała o niej tylko tyle ile opowiedzieli jej kupcy i weterani z drugiego batalionu konnego, który prowadził kiedyś działania wraz z kolektywem.
Dziewczyna schowała kartki z rozkazami do kieszeni kurtki. Robiło się coraz zimniej. Jesień nie była jej ulubioną porą roku. Była zbyt smutna i szara.
Żołnierze przydzieleni jej do misji rozcierali przemarznięte ręce na placyku przed karczmą. Stary betonowy budynek był kiedyś motelem. Po wojnie został odremontowany i stał się ostatnim przystankiem dla karawan ruszających przez Pas Śmierci do Pogranicza i Kolektywu. Ich wierzchowce wyglądały jak karykatury zwierząt przez specjalnie zaprojektowane dla niech maski przeciwgazowe.
- Na koń. – Rozkazała pani major.
Żołnierze wskoczyli na wierzchowce i nie czekając na rozkaz zaczęli zakładać maski przeciwgazowe i ochraniacze na ręce. Jedyny trakt prowadzący na południe od konfederacji przechodził przez wschodni kraniec Pasa Śmierci a de facto jego chemicznego przedłużenia.
Pas śmierci. Na północ od Łosic.
Godzina 11:34, 3 października 34 roku.
Rejon zwany Pasem ciągnął się niemal dokładnie przez środek dawnej Polski i był radioaktywną pustynią szeroką na wiele kilometrów. Teoretycznie kończył się kilkanaście kilometrów na wschód od Wisły jednak dalej od rejonu wysokiej radiacji znajdował się obszar skażenia chemicznego ciągnący się aż do dawnej granicy z Ukrainą. Bez specjalnego przygotowanie nikt nie był w stanie przez niego przejść. Nie można było go również obejść gdyż jeszcze dalej na wschód rozciągały się tereny plemion mutantów. Tak zwany Zielony Szlak był jedynym łącznikiem między północą a południem.
Andrzej nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jeździł konno. Na pewno po akademii. Chyba ostatni raz podczas walk w Bieszczadach razem z granicznikami. Na szczęście tego się nie zapominało.
Major, co chwilę przyglądał się nowym towarzyszą podróży. Dwie godziny temu oddział konny konfederacji dołączył do konwoju. Czekał na niego już w strefie skażonym w strojach ochronnych. Major nie widział twarzy żołnierzy. Ich maski były podłużne i dość prymitywne a noszący je żołnierze byli małomówni.
Koń lekko potrząsnął głową. Specjalnie zaprojektowana maska przeciwgazowa musiała go lekko uwierać. Major wiedział, co czuje zwierzak. Miał taki sam problem z własną maską. Pocieszał się tylko tym, że niedługo wyjdą z obszaru skażonego i będzie można odetchnąć bez pomocy filtru. Andrzej nie mógł zrozumieć jak potworne świństwo musiało tu spaść te trzydzieści lat temu podczas wojny. Na tym obszarze nic nie rosło a zielona pełzająca niczym żywe stworzenie mgła nigdy się nie rozwiewała. Paskudne miejsce na drogę karawany stwierdził w duchu major.
Pozostałe konie karawany przyzwyczajone najwyraźniej do masek i tej drogi szły powoli noga za nogą. Zniszczone przerdzewiałe samochody stały zepchnięte do rowu po lewej stronie drogi. Wszędzie panowała dziwna zielonkawa poświata. Choć był środek dnia niskie czarne chmury blokowały większość promieni.
Żołnierze ochrony jakby podświadomie wyczuwając niebezpieczeństwo trzymali broń w gotowości. Andrzej zrobił to samo. Nagle poczuł się obserwowany. Odwrócił się powoli. Tuż za nim na koniu jechał jeden z żołnierzy konfederacji. Trzymał w jednej ręce strzemiona a w drugiej karabin, którego kolbę oparł o udo. Żołnierz miał naszywki kapitana. Andrzej dałby głowę, że żołnierz pod maską gazową się uśmiecha. Major nie wiedział tylko, czemu.
Beskid Sądecki. Warownia Kruka.
Godzina 13:34, 3 października 34 roku.
Liza otuliła się mocniej płaszczem próbując ochronić się przed jesiennym wiatrem. Warownia Kruka miała wiele wad, ale widok z murów do niech nie należał. Góry były prześliczne o tej porze.
- Liza!
Na mur wbiegł zasapany Gabriel był wyraźnie podekscytowany. Podbiegł do dziewczyny jednak jego płuca nie miały już powietrza na przekazanie jej fantastycznej nowiny.
- Oddychaj głęboko sprinterze. – Zaśmiała się Liza.
- Mają go! – Wysapał porucznik. – Przywiozą go za kilka godzin.
- Kogo mają? Znów wąchałeś benzynę?
- Bardzo śmieszne. – Gabriel uzupełnił wreszcie braki tlenu w płucach i mógł już mówić w miarę normalny sposób. – Dopadli jednego z tych mutantów! Przyślą nam zwłoki jutro.
Liza nie potrafiła ukryć ekscytacji. Wreszcie dni nudy się skończą a na stole przed nią znajdzie się coś więcej niż szkice Gabriela. Już za cztery godziny skalpel pójdzie w ruch.
- Gdzie go dopadli?
- Zakradł się do Ostoi. Ubili go i nie wiedzieli, co z nim zrobić, więc wysyłają go do nas, bo nie mają u siebie żadnego laboratorium.
- I przysyłają go do nas? Przecież w Stolicy jest duże laboratorium.
- Nie chcesz go zbadać? – Gabriel był wyraźnie zaskoczony.
- Nie o to chodzi. Nie mamy przecież tu takich możliwości jak wydział badań w Stolicy. Dlaczego tu nam go wysyłają?
- Czasem lepiej nie zadawaj tylu pytań Liz. – Uśmiech Gabriela wcale nie był wesoły.
Okolice Siemiatycz.
Godzina 11:05, 4 października 34 roku.
Ziemia z każdym kolejnym kilometrem była, co raz bardziej zarośnięta trawą a po obu stronach drogi zamiast upiornych pustkowi zaczęły się pojawiać drzewa. Andrzej wiedział, że jest już blisko celu. Wszyscy podróżni odprężyli się. Na niebie pojawiły się pierwsze ptaki.
Andrzej mógł się wreszcie przyjrzeć strażnikom. Słyszał o konfederackich oddziałach konnych. Były to jedyne oddziały, o których można by było powiedzieć, że przypominają regularną armię. Majora najbardziej zaskoczyła liczba kobiet w oddziale i ogólnie młody wiek żołnierzy. W tym wieku był jeszcze kadetem i najprędzej za dwa lata mógłby się starać o naszywkę liniowego oddziału. Nagle wśród grupy żołnierzy na początku karawany Andrzej zobaczył wścibskiego kapitana. Luźny mundur do duetu z maską gazową świetnie zamaskował w strefie skażenia płeć oficera. Długie czarne włosy zawinięte w warkocz były pierwszą oznaką kobiecości, jaką wyłapał Andrzej. Potem nadeszły kolejne.
Pod wieczór karawana dotarła do pierwszego posterunku konfederatów. Ufortyfikowany motel najeżony był stanowiskami ogniowymi. Drut kolczasty i wilcze doły miały skutecznie zatrzymać ewentualnych agresorów. Gdy karawana skręciła do motelu Andrzej nagle zdał sobie sprawę, że jest nadzieja na spędzenie pierwszy raz od niewiadomo jak długiego czasu nocy pod dachem.
Beskid Sądecki. Warownia Kruka.
Godzina 13:04, 4 października 34 roku.
Ciało mutanta leżało na stole operacyjnym w najniższych lochach warowni. Dopiero teraz Gabriel i Liza zrozumieli jak bardzo złożony i rozbudowany jest „Kruk”. Schodząc w dół po spiralnych schodach mieli wrażenie, że schodzą do samego jądra ziemi.
Laboratorium dorównywało wyposażeniem tym, które oboje znali ze Stolicy jednak tu wszystko pachniało nowością. Gabriel miał wrażenie, że biała farba, którą wymalowano ściany jest jeszcze świeża. Liza natomiast przeżyła szok, gdy podeszła do szafki z narzędziami chirurgicznymi.
- One są jeszcze w opakowaniach!
Gabriel nie zwrócił na nią uwagi. Nigdy wcześniej nie brał udziału w autopsji i pokrwawione ciało mutanta robiło na nim dużo większe wrażenie niż się spodziewał.
Liza niewzruszona brakiem reakcji porucznika zaczęła przygotowania do autopsji. Sprawdziła wagę, na której będzie robiła pomiary organów wewnętrznych stwora, wyjęła i rozłożyła skalpele, sprawdził dyktafon, pojemniki na organy i wykonała wiele innych żmudnych i nudnych rzeczy, które musiała zrobić, jeśli chciała się wreszcie zabrać za krojenie.
- Przygotowałeś aparat? – Spytała dziewczyna zakładając maskę chirurgiczną.
- Tak.
- Zaczynajmy. – Włączyła kamerę nad stołem chirurgicznym oraz uruchomiła nagrywanie w dyktafonie. – Siódmy października trzydziestego czwartego roku. – Spojrzała na zegar na ścianie. – Godzina czternasta zero dwa autopsje przeprowadza doktor Liza Braszczyk, asystuje porucznik Gabriel Warkiewicz.
Jakby na potwierdzenie tego Gabriel wyjął aparat i zawiesił sobie go na szyi.
- Rozpoczynamy autopsje mutanta zastrzelonego dwa dni temu przez graniczników. Waga stworzenie około stu siedemdziesięciu kilogramów, wzrost dwa metry dwadzieścia centymetrów, brak zewnętrznych oznak pokrewieństwa gatunkowego ze znanymi do tej pory mutantami oraz przed wojennymi zwierzętami. Silnie rozwinięta muskulatura szczególnie w obszarze ramion i głowy. Brak owłosienia, wyraźne zrogowacenie skóry na plecach, wysoko rozwinięte obszary zmysłowe w szczególności słuch i węch. Głowa osadzona na krótkiej szyi na wysokości ramion.
Gabriel wykonał kilka zdjęć a Liza rozpoczęła nacinanie.
- Obiekt otrzymał ponad trzydzieści trafień z bliskiej odległości z broni kalibru 9 i 7.62 Milimetra. Wykonuje pierwsze nacięcie. Skóra twarda i grupa. Gruba warstwa podskórnej tkanki tłuszczowej. Gabriel dobrze się czujesz?
- Tak… Chyba tak.
- Zrobiłeś się całkiem zielony.
- Bierzmy się do roboty. – Słowa Gabriela wyprane były całkowicie z normalnego dla niego humoru i pewności siebie.
Liza wycinała po kolei wszystkie organy wewnętrzne, ważyła je i wkładała do szklanych pojemników do późniejszej analizy.
- Serce duże cztero komorowe osłonięte dziwną twardą tkanką wewnętrzną, którą spenetrował jeden z czterech pocisków, które mogły zagrozić sercu. Pocisk utkwił w lewej górnej komorze, ale jej nie przebił.
Po zakończeniu wyjmowania wnętrzności z korpusu mutanta nadszedł czas na głowę. Zabrzęczała piłka do przecinania kości. Gabriel widząc poczynania Lizy jęknął, ale powstrzymał śniadanie tam gdzie powinno być.
- Mózg. – Powiedziała do siebie radośnie Liza, gdy piła wycięła otwór w czaszce stwora. – Gabriel a ty, dokąd?
Okolice Siemiatycz. Posterunek graniczny numer 3.
Godzina 2:11, 5 października 34 roku.
- Major Andrzej Silnicki?
Andrzej nie był pewny czy śni czy naprawdę w środku nocy budzi go uwodzicielski kobiecy głos. W pokoju motelu było ciemno.
- Major Silnicki? – Padło ponownie pytanie.
- Umarł i nie zostawił adresu kontaktowego. – Opowiedział półprzytomny major.
Ktoś usiadł na krawędzi jego łóżka.
- Panie majorze proszę się ubrać. Jestem z dowództwa wojsk konfederacji.
- A ja jestem śpiącą królewną i nigdzie się nie ruszam.
Potworny chłód natychmiast obudził majora, gdy kobieta zerwała z niego śpiwór służący Andrzejowi za kołdrę.
- Wstawaj człowieku nie mam całej nocy żeby szarpać się z tobą w łóżku.
- A szkoda. – Stwierdził Andrzej i po omacku odnalazł ubranie.
Okolice Siemiatycz. Posterunek graniczny numer 3.
Godzina 2:20, 5 października 34 roku.
Zeszli po schodach na dół i weszli do zaimprowizowanej z garażu stajni. Andrzej złapał kobietę za rękę. Przystawił jej nóż do gardła.
- Dobra a teraz do rzeczy. – Syknął. – Jeśli jesteś moim kontaktem udowodnij to.
Dziewczyna nie wyglądała na przestraszoną. Andrzeja zaskoczyło, że jest bardzo młoda. Nie dałby jej więcej niż dwadzieścia pięć lat a do tego była zdecydowanie za ładna jak na zwykłego kapitana. Ta myśl rozbawiał majora.
- Fortuna jest ślepa i ślepymi czyni swoich wybranych. – Odpowiedział dziewczyna.
Andrzej trzymał jeszcze przez chwilę nóż w pogotowiu poczym schował go do pochwy. Hasło było prawidłowe.
- Miło mi. Major Andrzej Silnicki były dowódca drugiego batalionu zmechanizowanego. – Przedstawił się Andrzej uśmiechając się łobuzersko.
Cholera… Pani kapitan jest naprawdę ładna stwierdził w duchu.
- Major Maria Izabela, szósty regiment konny. Zadania specjalne. – Dodała po chwili. – Proszę za mną majorze.
- Skoro pani nalega.
Okolice Siemiatycz. Posterunek graniczny numer 3.
Godzina 3:01, 5 października 34 roku.
Las był ciemny i cichy. Księżyc ledwo przebijał się przez korony drzew. Jechali obok siebie.
- Po co ta konspiracja. – Spytał wreszcie Andrzej.
- Wróg nie śpi. Jeśli nawet ewentualni szpiedzy dotrzymali panu tępa to teraz na pewno ich zgubiliśmy. – Odpowiedziała poważnie dziewczyna.
- A gdzie teraz jedziemy?
- Do tajnego ośrodka szkoleniowego. Zgromadziliśmy tam trzy tysiące rekrutów. Zależy nam na postawieniu naszych wrogów przed faktem dokonanym.
- Trzy tysiące? To raczej przekreśla możliwość utrzymania konspiracji.
Andrzej nie widział dokładnie twarzy dziewczyny, ale dałby głowę, że się uśmiechnęła. Nie był to przyjemny uśmiech.
- Mamy sposoby by ukryć takie siły. Po za tym niedługo pan zobaczy jak wygląda nasz obóz.
- Nie mogę się doczekać.
Źródło: PodGK
Tagi:aktualności, opowiadanie