Pod Grzechoczącymi Koścmi

Strona główna

MENU

SONDA

devil

23

kwi 10

Odcinek 5. Wizja.

Bieszczady.
Godzina 15:01, 8 października 34 roku.

Milthar i Lambert skradali się ostrożnie w stronę skraju lasu. Udało im się uniknąć trzech zastawionych przez snajpera pułapek. Jeszcze kilka metrów i będą go mieli. Od sześciu godzin trwał pojedynek między nimi a ukrytym gdzieś na szczycie strzelcem i właśnie teraz miało nadejść rozstrzygnięcie. Wreszcie go przechytrzyli i zaszli od tyłu.


Obaj łowcy byli mistrzami skradania się i walki partyzanckiej, ale test, na jaki zostali dziś wystawieni wymagał od nich wspięcia się na szczyty możliwości. Przeciwnik nie dawał im taryfy ulgowej i nawet najmniejszy błąd mógł kosztować przegraną.
Niskie zarośla były trudnym terenem do skradania się nawet dla Łowców jednak cel był na wyciągnięcie ręki i obaj wiedzieli, że nie mogą popełnić teraz błędu. Niewielka kupka liści była jedyną wskazówką gdzie może być snajper. Jeszcze tylko pięćdziesiąt metrów… jeszcze czterdzieści… już tylko trzydzieści.
- Zginęliście. – Obaj łowcy zesztywnieli. Snajper był za ich plecami.
Milthar i Lambert odwrócili się za siebie. Stał tam szczupły mężczyzna w kombinezonie maskującym i posmarowaną kamuflującą farbą twarzą z karabinem w ręku.
- Kurwa Dywgon jak ty do cholery to robisz? – Spytał Lambert z typową nutką wesołości w głosie.
- Daliśmy się podejść. – Stwierdził kwaśno Milthar. – No to, co Dywgon zaczynamy jeszcze raz a ty poudajesz kupkę liści?
- Dajcie mi dwadzieścia minut i zaczynamy. – Odpowiedziała bezbarwnym głosem snajper.

Beskid Sądecki. Warownia Kruka.
Godzina 17:04, 8 października 34 roku.

Liza zachwiała się i prawie upadła. Ból głowy i zawroty głowy pojawiły się nagle całkowicie ją zaskakując. W nozdrza uderzył potworny zapach zgnilizny i fekaliów, od którego żołądek podszedł dziewczynie do gardła.
- Proszę pani, co pani jest. – Głos wartownika dobiegał jakby z innego dalszego świata.
Liza poczuła jak ktoś ją podnosi i wtedy był pierwszy błysk… znalazła się gdzieś daleko poza warownią. Było zimno a droga wiodła wśród drzew do jakiś zabudowań, od których dobiegały krzyki mutantów i ostatnie tchnienia umierających zwierząt. Potem była ciemność.

Beskid Sądecki. Warownia Kruka.
Godzina 2:08, 8 października 34 roku.

Wytrych zareagował tak jak powinien i zamek wreszcie puścił. Gabriel wszedł ostrożnie do gabinetu pułkownika. To była jego trzecia wizyta tu i porucznik wiedział, że ryzykuje bardzo… za bardzo. Natury jednak nie da się tak łatwo zmienić i Gabriel nie mógł się powstrzymać. W gabinecie było jeszcze jedno miejsce, którego nie sprawdził.
Podniósł dywan i ostrożnie przyświecając sobie latarką sprawdził podłogę.
- Bingo. – Wyszeptał pod nosem, gdy zobaczył to, co chciał.
Pociągnął za uchwyt i podniósł klapę. Spodziewał się małego sejfu albo czegoś w tym rodzaju. Zamiast tego ujrzał wejście do piwnicy. Aluminiowe schody prowadziły w ciemność.
Na dole były szafki z aktami i dokumentami. Wszystkie nienagannie uporządkowane i opisane. Gabriel zaczął je przeglądać na chybił trafił. Natrafiał głównie na różnego rodzaju wzory chemiczne i opisy działania różnych substancji. Najbardziej zaciekawiły go podsumowania na końcu każdego opisu. Wszystkie powodowały zmiany w ludzkim organizmie. Jedne poprawiały słuch inne siłę jeszcze inne stymulowały wytwarzanie enzymów. Porucznik nie był biologiem, ale i tak robiła na nim wrażenie wiedza, która była tu zgromadzona.
Poszedł dalej wzdłuż półek i znalazł coś jeszcze ciekawszego. Na wielkim stoliczku leżały otwarte listy. Gabriel od razu zaczął je przeglądać. Większość była korespondencją między sztabem a dowódcą warowni. Dopiero ostatni list był naprawdę ciekawy. Był napisanie odręcznie przepięknym charakterem pisma i widać było, że był czytany kilka razy.
Trzeci do siódmego,
Pierwszy czuje się coraz gorzej. Rozpoczęliśmy przygotowania do zmiany. Test jest już przygotowany i czwarty uczy się. Będziemy gotowi za kilka dni. Obawiam się jednak, że pierwszy nie dotrwa. Według zasad już powinniśmy mieć następcę. Musimy zabezpieczyć się dodatkowo. Przyślij do Stolicy kogoś zaufanego, bez kogo możesz się obyć. Wkroczy do akcji, kiedy plan A nie zadziała. Liczymy na Ciebie bracie.
Trzynastu.
Gabriel tej nocy przeczytał list jeszcze cztery razy nim wyszedł z gabinetu.

Na południe od Olecka. Obóz szkoleniowy.
Godzina 7:12, 10 października 34 roku.

Major musiał przyznać, że obóz wojskowy był malowniczo położony. W samym środku wielkiego lasu nad jeziorem. Kiedyś był tu ośrodek wypoczynkowy. Teraz został odnowiony i powiększony.
Andrzej stanął na balkonie swojej kwatery. Musiał przyznać, że konfederaci wyposażyli pokoje dość luksusowo. W jednym pokoju miał przygotowane biurko z lampą i bardzo wygodnym krzesłem oraz półki na przyszłe dokumenty. W drugim było duże łóżko, szafka nocna, szafa na ubrania i druga szafka na rzeczy osobiste. Choć każdy mebel był inny nie przeszkadzało to majorowi. Najbardziej podobał mu się jednak balkon. Patrzył z niego na pole, które robiło za plac apelowy dla trzech tysięcy rekrutów. Jutro miał się nimi zająć. Na razie mógł sobie popatrzeć jak szkolenia wyglądało do tej pory. Nie było dobrze. Dużo bezsensownych ćwiczeń, brak porannej rozgrzewki, słaba dyscyplina i brak doświadczonych podoficerów. Najbardziej przerażający był brak musztry i plan dnia dla żołnierzy. W okolicach siedemnastej żołnierze nie mieli, co robić. Po kolacji wracali do koszar i nudzili się.
W Stolicy czytał raport na temat oddziałów konfederacji. Głównym problemem było słabe wyszkolenie, wyposażenie i tragiczna koordynacja działań. Konfederaci sprawdzali się w walkach z bandytami i niewielkimi oddziałami mutantów. Andrzej miał teraz stworzyć armię z prawdziwego zdarzenia.
Kadra oficerska nowej armii była wydzielona z konnych oddziałów i miała doświadczenia w prowadzenie działań wojennych. Ich patenty oficerskie były wystawione przez doświadczenie z pól bitewnych. Brakowało im podstaw teoretycznych. Major postanowił to nadrobić. Do późna będzie musiał prowadzić wykłady z podstaw taktyki i działań podczas wojny.
Na łóżku leżał stos dokumentów i kartek z notatkami majora. Wiedział mniej więcej jak armia powinna wyglądać. Całkowicie zerwał z pomysłem tworzenia konfederackich odpowiedników szturmowców kolektywu. Armia, którą tworzył była całkowicie pozbawiona formacji zmotoryzowanych nie mówiąc już o ciężkim sprzęcie. Siłą miała być piechota i ewentualne formacje konne jako jednostki manewrowe. Szczegóły swojego planu miał przedstawić jutro delegacji rządowej konfederacji, na którą składał się de facto jeden człowiek kanclerz Robert Michał.
Andrzej skrzywił się. Nie mógł się przyzwyczaić to tych podwójnych imion konfederatów. Uważał to za bezsensowny pomysł. Maria wyjaśniła mu powodu dla, którego nie było w konfederacji nazwisk. Po zagładzie nie było sensu wracać do tego, co było. Ówcześni przywódcy konfederacji stwierdzili w obliczu setek powojennych sierot, że należy wszystko zacząć od nowa i nie warto wracać do przeszłości po przez używanie nazwisk. Rozpoczęła się nowa era.

Beskid Sądecki. Warownia Kruka.
Godzina 10:04, 11 października 34 roku.

- Nie wiem, co się ze mną dzieje. – Przyznała smutno Liza.
Gabriel wydawał się być poruszony i mocno zmartwiony, choć Liza podchodziła z dystansem do takich uczuć u mężczyzn. Dziewczyna jeszcze nie była pewna czy pan porucznik jest inny niż spotkani do tej pory przedstawiciele tego dziwnego gatunku.
- Lekarz mówi, że powinnaś pojechać do Stolicy i zrobić tomografię mózgu. – Gabriel siedział na krześle naprzeciwko i obracał ołówek w palcach.
- Jeszcze nie skończyliśmy tutaj. Wiesz, że w Stolicy ogłosili listę na egzamin. Zabrakło mi dwudziestu punktów IQ żeby się zakwalifikować, dolną granicą było sto sześćdziesiąt. Ciekawe jak bardzo trudny jest ten test. Myślałeś kiedyś nad tym?
Gabriel nie robił nic innego ostatnio.
- To jest najlepszy sposób wyboru władcy nie sądzisz? Najinteligentniejszy i najbardziej zdolny osobnik zostaje przywódcą. – Liza zawsze była dumna z systemu społecznego stworzonego w kolektywie. – Ten, kto ma najwięcej punktów zostaje władcą. Nie żałujesz, że jako wojskowy nie możesz brać udziału w tym teście?
Porucznik zamyślił się. Nadal nie potrafił objąć umysłem tego jak wielką aferę odkrył. Musiał działać, ale nie wiedział jak. Kim było tych trzynastu? Musieli być na najwyższych stanowiskach, jeśli mieli takie możliwości, o jakich była mowa w liście.
- Myślisz, że będziemy mogli wrócić na kilka dni do domu przed nowym rokiem? – Zapytała nagle Liza wyrywając porucznika z ponurych myśli.
- Nie wiem. Trzeba będzie pogadać z pułkownikiem, bo formalnie jesteśmy pod jego rozkazami. Liza, co ci?
- Głowa mnie znowu boli jak cholera…
Chciała dodać coś jeszcze, ale nagle przed oczami pociemniało i znowu znalazła się gdzieś daleko. Nie poczuła jak uderzyła głową o podłogę.
Rozejrzała się dookoła. Wiedziała gdzie jest. Patrzyła na przedwojenny skład materiałów budowlanych. Braciszkowie mutanta, którego Liza nie dawno kroiła właśnie rozszarpywało jakieś zwierze. Jedna z bestii podniosła głowę i spojrzała prosto w oczy dziewczyny. Umysł stwora był potworny, przepełniony potrzebą mordu i nienasyconą rządzą przemocy.
Gabriel zaczął się czołgać. Wszystkie rzeczy w pokoju trzęsły się i wywracały. Porucznik miał wrażenie, że jego mózg również się trzęsie i za raz eksploduje. Działał instynktownie. Ciało Lizy trzęsło się niczym ogarnięte gorączką a jej oczy były pozbawione źrenic.
Szklanki w pokoju zaczęły rozpadać się jedna po drugim. Gabriel złapał dziewczynę i bezpardonowo uderzył ją w twarz otwartą dłonią. Za pierwszym, drugim i trzecim razem nie zadziało. Czwarte uderzenie to najmocniejsze dało wreszcie odpowiedni efekt.
Wszystko nagle się uspokoiło a jedyną rzeczą, jaka została po ataku Lizy był potworne piszczenie w uszach. Dziewczyna otworzyła oczy.
- Wiem gdzie są!

Bieszczady. Warownia „Ostoja”.
Godzina 10:51, 11 października 34 roku.

Kompania wymaszerowała rano z warowni i od razu ruszyła niemal prosto na południe. Szary wyznaczył drugą drużynę z pierwszego plutonu na awangardę oddziału. Mieli do przejścia dwanaście kilometrów potem kompania miała rozproszyć się na kilka oddziałów by wzmocnić garnizony osad leżących najbliżej terytoriów mutantów.
Szary łyknął kilka tabletek przypisanych przez Doktorka. Ból w przestrzelonym ramieniu zelżał po chwili.
Niebo na północy było ciemne. Godzinę później spadły pierwsze krople deszczu.
- Zapowiada się piękna zima. – Stwierdził kwaśno Szary i założył kaptur na obandażowaną głowę.




Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Anti-Spam Protection by WP-SpamFree

Współpracujemy
Q-workshop EA Polska Fabryka Słów Wydawnictwo Portal Cenega Kuźnia Gier