24
kwi 10
Autor: Fallen | Kategoria: Opowiadania
Beskid Sądecki. Na południe od Strefy Ciszy.
Godzina 6:23, 11 października 34 roku.
Dwie terenówki wz. 12 podwiozły ich możliwie plisko strefy ciszy. Dalej musieli przejść sześć kilometrów po górach przez tereny patrolowane przez mutantów z Zarzecza. Lambert szedł na szpicy potem Dywgon, Liza i Gabriel pochód zamykał Milthar.
Do mostu nad graniczną rzeką była godzina drogi, głównie przez zniszczone miasteczko. Poruszali się ostrożnie wybierając trudniejszą, ale bezpieczniejszą drogę. Łowcy trzymali broń w pogotowiu, byli zbyt blisko terenów mutantów by zbagatelizować zagrożenie.
Zbliżyli się do rzeki. Lambert wskazał im ręką w połowie zburzony budynek na przeciwko mostu. Dywgon wszedł jako pierwszy.
Po chwili dał znać, że jest czysto. Cała grupa weszła do środka.
- Zostaniemy tu na noc. – Zakomunikował Lambert. – Nie zbliżać się do okien. Po drugiej stronie może być patrol mutantów, więc siedzimy jak myszy pod miotłą. Przekradniemy się w nocy.
- Siedzimy i czekamy? ? Spytała się zdziwiona Liza.
- Wy tak. Ja i Milthar sprawdzimy teren. Dywgon zostań tu i w razie, czego osłaniaj nas.
- Dobrze.
Lambert wrócił po godzinie.
- Nikogo nie ma może przejść od razu. Bierzcie sprzęt i ruszamy. Milthar będzie nas osłaniał z drugiego brzegu.
Liza, która przed chwila uporała się z rozpakowaniem śpiwora zaklęła pod nosem. Porucznik dokończył szybko otwarta konserwę i wyszedł za Lambertem.
Przejście przez most odbyło się w kilku fazach. Najpierw przeszedł Lambert kryjąc się, co chwile za wrakami samochodów. Potem poszła Liza. Po niej Gabriel. Na końcu Dywgon.
Milthar juz na nich czekał. Obserwował drogę wychodzącą z lasu na przeciwko mostu. Byli w dolince i byli odkryci jak kulawa kaczka na środku jeziora.
- Ruszamy dalej stary. – Zakomenderował Lambert.
- Dobra. Idę na szpicy. – Zaproponował Milthar i nie czekając na odpowiedz ruszył na przód.
Gdy weszli w las napięcie opadło. Łowcy czuli się tu bardzo pewnie. Nie znaczyło to jednak, że przestali być czujni.
Tymczasem Liza zbliżyła do Gabriela. Mężczyzna wyraźnie się zmęczył niosąc trzydziestokilogramowy plecak. Starał się jednak ukryć to, że ma już dość.
- Gabriel. – Szepnęła Liza. – Ty się znasz na mutantach z tych stron. Co nam grozi?
- Jeśli wpadniemy w pułapkę i wezmą nas żywcem to lepiej podetnij sobie żyły.
- Bardzo śmieszne.
Gabriel popatrzył jej w oczy. Liza zrozumiała, że to nie żart. Oboje przyspieszyli kroku.
- Trzymaj pistolet cały czas odbezpieczony.
- Tak wiem. Lambert mnie poinstruował.
- Wiem, że trochę późno na takie pytania, ale wzięłaś wszystko, co ci jest niezbędne do badań? Bo jakoś mi się nie widzi taszczenia naszego mutka w całości do laboratorium w warowni.
- Nie chce cię martwic, ale większość jego bebechów trzeba biedzie zabrać. Serce śledziona nerki wątrobą i takie tam.
- Bosko. Nie ma to jak pamiątka z podróży.
Szli przez las. Po lewej jakieś dwieście metrów wyżej był szczyt góry. W dolince pod nimi szumiał strumyk. Stok nie był zbyt stromy, choć korzenie i mchy wcale nie ułatwiały marszu. Słonce szybko zachodziło.
Lambert przystanął. Z ciemności przed nim wyszedł bezszelestnie Milthar. Liza podeszła bliżej.
- Ilu? – Spytał Lambert.
- Ośmiu. Albo to maruderzy albo przednia straż.
- O tej porze? Tu? To na pewno maruderzy.
- Więc trzeba ich zdjąć. Zbierają chrust na ognisko.
- Debile. – Syknął Lambert. – Każdy patrol w promieniu dziesięciu kilometrów ich zobacz. Może obejdziemy ich?
- Z nimi nie damy rady. – Milthar wskazał na Lizę i porucznika.
- Racja. – Przyznał Lambert.
Milthar dał znać Dywgonowi żeby podszedł. Wszyscy trzej bez słowa zaczęli zdejmować plecaki. Dywgon ze swojego wyjął niewielka kusze i bełty. Trzy wsadził do kieszeni jeden załadował na kuszę a drugi trzymał w zębach. Milthar wyjął wielki nóż myśliwski. Stojący obok Lambert wyjął swój toporek.
- Zaczekajcie tu. – Rozkazał Dywgon Lizie i porucznikowi.
Trzej Łowcy zniknęli w ciemnościach lasu.
Na północ od Bardiejowa.
Godzina 23:11, 11 października 34 roku.
Milthar skradał się do pierwszej ofiary. Wychudzony mutant w postrzępionym ubraniu z samopałem na plecach był odwrócony tyłem do Łowcy. Bez entuzjazmu zbierał chrust. Nie miał pojęcia, co za raz się stanie.
Łowca przywarł do ziemi. Każdy jego mięsień był gotowy do natychmiastowego poderwania się z ziemi. Milthar ćwiczył takie rzeczy od wielu lat. Zabicie w ten sposób nie było pierwszyzną wydawało się nawet już trochę monotonne przydałaby się jakaś odmiana. Milthar przyznał w sobie w duchu racje. Schował nóź. Rozluźnił palce u rak.
Poderwał się z ziemi. Prawa ręka zasłoniła usta zaskoczonemu mutantowi i szarpnęła jego głowę do góry. Lewa przytrzymała kark. Chrupnął łamany kręgosłup. Chrust upadł na ziemi. Na szczęście cicho.
Milthar zaklął szpetnie. Położył ciało mutanta na ziemi. Coś zaszeleściło z lewej. Zbyt głośnio żeby mógł to być Lambert lub Dywgon. Nocne górskie powietrze przeciął świst rzucanego noża. Drugi mutant upadł na ziemie z nożem w oku.
Łowca wyjął nóż i ruszył w stronę obozu mutantów był wściekły? dwa błędy w ciągu jednej akcji były czymś nie wybaczalnym.
Na południe od Olecka. Obóz szkoleniowy.
23:29, 11 października 34 roku.
Andrzej czytał list przyświecając sobie lampką. Musiał się skupić, aby nie pomylić się w czytaniu kodu. Jego kolega Paweł Janików z pierwszego batalionu zmechanizowanego używał starego szyfru z kampanii 27 roku. Obaj byli wtedy porucznikami.
Teraz Andrzej był na zesłaniu i właśnie dowiadywał się z listu, że nie został uwzględniony przy rozdzielaniu etatów w nowo reorganizowanych oddziałach. Oznaczało to, że kariera majora właśnie się załamała. Jego ludzie z poprzedniej jednostki zostali rozproszeni i dostali gorsze przydziały. Podobna sytuacja działa się wśród innych jednostek, którymi dowodzili oficerowie z pokolenia zero, czyli urodzeni tuż po wojnie. Paweł był jedynym, który dostał awans i nową jednostkę. Andrzej wiedział, że jego kolega z akademii potrafi doskonale odnaleźć się w sytuacji panującej w sztabie i odpowiednio zadziałać by jak najlepiej wyjść na tym.
Andrzej odłożył list na biurko. Nienawidził tych wszystkich intryg w sztabie. U sterów było nadal stare pokolenie urodzone jeszcze przed wojną. To oni wyznaczyli wysokie standardy w armii kolektywu, którym nie byli w stanie sami sprostać. Andrzej wiedział, że nie powinien o tym myśleć, ale nadejdzie kiedyś taki dzień, że oni odejdą a ich miejsce zajmą ludzie z pokolenia zero. Wtedy kolektyw będzie miał armię, na którą zasługuje.
Ktoś zapukał do drzwi. Andrzej zdziwił się, gdy w drzwiach ujrzał Maria Izabela.
- Nie przeszkadzam? ? Spytała się nieśmiało.
- Nie, proszę wejść pani major. ? Andrzej wiedział, że to nie jest najlepszy pomysł, ale nie miał siły się kłócić sam ze sobą. ? Przepraszam za bałagan.
Maria Izabela weszła do pokoju i stwierdziła ze zdziwieniem, że pokój majora jest nieskazitelny czysty a wszystkie rzeczy są równiutko ułożone na swoich miejscach. Wszystkie oprócz jednego listu na biurku.
- Nie szkodzi. ? Stwierdziła sarkastycznie dziewczyna. ? Przejrzał pan raporty?
- Tak. Proszę usiąść, w czym mogę pomóc?
Dziewczyna usiadła na łóżku a Andrzej na krześle naprzeciwko.
- Pan potrafi rozmawiać o czymś innym niż o robocie? Odkąd jest pan w obozie nie usłyszałam od pana żadnego dowcipu. Co się stało?
- Pani major pozwoli, że uchylę się od odpowiedzi.
- Spodziewałam się takiej odpowiedzi. ? Szeroki uśmiech Marii mało nie zwalił z krzesła majora. ? Dlatego przyniosłam coś na rozluźnienie.
Maria wyjęła z kieszeni ogromną piersiówkę.
- Oj. ? Jęknął Andrzej.
Na północ od Bardiejowa.
Godzina 23:39, 11 października 34 roku.
Liza odwróciła wzrok. Lambert i Dywgon ukrywali właśnie ciała mutantów. Milthar niósł ostatnie.
- A co będzie jak zaczną je zjadać zwierzęta. – Spytał się rzeczowo Gabriel.
- Nim się dogrzebią nas tu nie będzie. – Stwierdził Lambert.
- Idźcie lepiej spać. Dziś już nie damy rady ruszyć dalej. ?Rozkazał Dywgon. – Jutro czeka nas długi dzień.
Gabriel spojrzał na zzieleniałą Liz.
- Pomogę ci ze śpiworem. – Zaproponował z lekkim łobuzerskim uśmiechem.
Na północ od Bardiejowa.
Godzina 10:39, 12 października 34 roku.
Rano spadł deszcz i zrobiło się zimno. Buty grzęzły w soczystym mchu. W niektórych miejscach malutkie strumyczki przecięły stok. Ptaki ucichły a chmury wisiały nisko, przez co zrobiło się szaro i nieprzyjemnie.
Liza roztarła zziębnięte ręce Pojawiały się pierwsze objawy rezygnacji od czterech godzin nie odezwała się słowem. Wydawało jej się, że nogi poruszają się niezależnie i wbrew reszcie ciała. Przemoczony plecak robił się coraz cięższy i cięższy. Każdy kolejny krok był nadludzkim wysiłkiem.
Lambert przykucnął na prawa nogę. Tuż pod jego nogami leżał na sztorc wbity patyk. Tuż pod nim w błocie był ślad. Ślad dużego zwierzęcia z trzema palcami przypominającymi jaszczurze łapy. Lambert dał znać Dywgonowi żeby podszedł. Porucznik również przykucnął kilka metrów od nich. Szturchnął Lizę żeby też tak zrobiła.
- Milthar zaznaczył ślad. – Lambert wskazał odcisk łapy w błocie.
Stali teraz na skraju lasu. Na lewo od nich wznosiła się ku górze zielona hala. Po prawej by las na lekko pofałdowanym terenie.
- Wygląda na świeży. – Stwierdził po krótkiej analizie Dywgon. – Co najwyżej dwie godziny.
- Do gniazda został jeszcze, co najmniej dzień drogi.
- Chyba, że je przeniosły.
- Fakt.
Cisze przerwały strzały. Gdzieś przednimi strzelał Milthar. Lambert rozejrzał się błyskawicznie. Dywgon skoczył do porucznika i Lizy.
- Za mną! – Rozkazał zdecydowanym głosem. Chwycił za rękę wykończoną Lizę i wraz z porucznikiem biegł ile sił w nogach na hale. Byle dalej od lasu.
Lambert zdjął ciężki plecak i ruszył w głąb lasu. Strzały przycichły. Nie wiedział czy Milthar zginął czy nie. Las jak na złość był gęstszy z każdym metrem poprzecinany płytkimi wąwozami. Idealne miejsce na pułapkę.
- Sprytnie moje kochane poczwary. – Wyszeptał z podziwem Lambert. – Bardzo sprytnie.
Ryk. Wielki mutant wyskoczył zza przewalonego drzewa. Pomimo masy był diabelnie zwinny. Lambert nie dał się zaskoczyć. Natychmiast poderwał karabin do strzału. Chmura śrutu z podwieszonego shot-guna uderzyła w mutanta. Upadł głucho obok Lamberta. Szelest za plecami. Łowca zareagował odruchowo. Odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni równocześnie przykucając na kolano. Seria pocisków uderzyła prosto miedzy oczy mutanta
głowa stwora eksplodowała czerwona posoka. Bezgłowe ciało upadło pod nogi Lamberta. Szósty zmysł wyrobiony dzięki latom doświadczeni w zabijaniu pokierował mięśniami Łowcy. Choć mężczyzna był nie ludzko szybki nie zdążył. Poznaczony śladami po śrucie mutant zerwał się na równe nogi. Jego wielkie łapska rzuciły Lambertem o drzewo. Karabin upadł między mutantem a mężczyzną. Stwór zaryczał i ruszył na ofiarę. Lambert oparty o drzewo wyciągnął obrzyna.
Osiem metrów. Strzał. Pięć metrów. Drugi strzał. Dwa metry. Toporek. Metr. Nóż.
Lambert napiął wszystkie mięśnie żeby zrzucić z siebie martwe ciało mutanta. Głowa stwora zastygła w pośmiertnym grymasie bólu.
- Nie dość, że jesteś brzydki jak moja pierwsza dziewczyna to jeszcze śmierdzisz jak moja racja żywnościowa. – Stwierdził sarkastycznie Łowca. Odsunął ciało mutanta na bok.
Gdzieś z oddali padły strzały z karabinu wyborowego Dywgona. Potem dołączyły serie z Mp-5 porucznika i Liz.
- Cholera strzelają na oślep.
- Wstawaj. – Milthar pojawił się jak zwykle bez szelestnie. Lambert był jeszcze lekko otumaniony tylko, dlatego nie usłyszał przyjaciela.
Lambert zerwał się na równe nogi. Chwycił za karabin.
- Cholera. – Syknął zły Lambert rozglądając się.
- Otaczają nas. ? Milthar potwierdził niewypowiedziane obawy przyjaciela.
- Ile ich jest?
- Dwa przed nami. Jeden z lewej i co najmniej dwa za nami.
Milthar i Lambert przykucnęli plecami do siebie.
- Idą! – Krzyknęli równocześnie.
Milthar wystrzelił z granatnika prosto miedzy szarżujące stwory. Jeden uskoczył zwinnie tuż przed eksplozją. Drugim odłamki granatu rzuciły w tył.
Lambert strzelał z karabinu. Trzy mutanty rozdzieliły się na boki. Jeden padł na ziemię po serii Lamberta.
- Na trzeciej! – Krzyknął Milthar i od razu otworzył ogień.
- Zmiana! – Rzucił krótko Lambert. Pusty magazynek błyskawicznie zastąpił nowym.
Milthar nie miał czasu na zmianę magazynku. Wypuścił karabin z rąk i wyciągnął dwa pistolety. Dopiero czternasta kula, ostania zmusiła szarżującego mutanta do przyznania, że jednak jest już martwy. Na ziemie upadły dwa puste magazynki pistoletowe.
Lambert trafił następnego mutanta. Trzeci był już na odległość nieświeżego oddechu. Łowca zaczął strzelać z shot-guna. Strzał. Pompka. Strzał. Pompka. Strzał. Pompka. Za każdym razem mutant robił krok w tym uderzany z potworną siłą chmarą śrutu. Ale nadal stał. Lambert strzelał. Krok. Strzał. Krok. Strzał. Krok. Strzał. Koniec amunicji. Kop ciężkim wojskowym butem w twarz. Pokrwawione ciało mutanta dało za wygraną.
- Nadchodzą! Czwarta i dwunasta!
Milthar przeładował karabin. Mutanty zrobiły pierwszy błąd. Dały im ułamek sekundy przerwy między jednym atakiem a drugim. Łowcy zmienili magazynki w karabinach. Znów powietrze przecięły serie z karabinów szturmowych.
Mutanty przerwały atak i skryły się za drzewami. Milthar i Lambert stali obok siebie plecami rozglądając się uważnie.
- Ilu nie żyje? – Spytał Lambert. – Ja zdjąłem trzech.
- Ja dwóch. Plus dwa wcześniej. – Obaj oddychali miarowo. Za chwile znów zaatakują. Obaj czuli wzrok mutantów na sobie.
- W sumie zdjąłem pięciu. Ty czterech. Zostały jeszcze ze cztery.
- Jak stoisz z amunicja?
Cienie miedzy drzewami. Krótkie serie. Ryku bólu gdzieś z oddali.
- Chcą nas wyczuć. Mam jeszcze trochę magazynków.
- Ruszamy do Dywgona.
- Na trzy…Raz
- Dwa..
-Trzy!
Na północ od Bardiejowa.
Godzina 14:12, 12 października 34 roku.
Liza zmieniła nerwowo magazynek. Piąty. Dywgon był wściekły. Ciągle powtarzał żeby oszczędzali. Liza była zbyt przestraszona żeby go słuchać. Gabriel lustrował okolice przez celownik. Pod lasem leżały dwa ciała mutantów ustrzelonych przez Dywgona.
- Widzisz ich? – Spytał się szeptem Dywgon porucznika.
- Nie. Ale krzaki się poruszyły przed chwilą. One tam są.
- Wiem. Jeśli za pięć minut Lambert i Milthar nie dadzą znaku życia wycofujemy się.
- Chcesz ich tu zostawić? – Oburzyła się Liza.
- Jeśli nie żyją to im i tak nie pomożemy.
- Oni żyją! – Wrzasnęła ze złości Liza.
Jakby na potwierdzenie jej słów rozległy się strzały z lasu. Chwilę potem wybiegli Lambert i Milthar
- To całe stado. – Wysyczał zły Dywgon.
- Ile zdjęliście? – Spytał się Milthar.
- Dwóch a wy?
- Dziewięciu.
- Jakieś propozycje?
Coś poruszyło się w lesie. Łowcy przystawili oczy do celowników.
- Nie mamy już szans się wycofać. -Milthar rozejrzał się. – Jeśli jest ich tam kilka możemy zaatakować.
-Kiedy się wycofywaliśmy widziałem cztery. – Dorzucił Lambert.
Dywgon spojrzał na Lizę. Potem na porucznika.
-Z nimi nie damy rady. -Oznajmił Dywgon z dobrze ukryta złością w głosie.
- Teraz będzie trudniej. Wiedza, co potrafimy. Atakowały dwa razy. Za drugim nie trafiliśmy żadnego. Cofnęły się. -Referował szybko ostatnie starcie Milthar. – Atakują równocześnie ze wszystkich stron, jeśli wejdziemy w las z nimi. ? Skinął na Lizę i porucznika. – Na dziewięćdziesiąt procent rozszarpią ich.
- Więc będziemy musieli być szybsi. – Lambert wstał i przeładował karabin. – Do boju panowie.
- Lambert tylko bez szarżowania. – Zaprotestował spokojnie, lecz stanowczo Milthar. – Musimy coś zrobić z nimi.
- Przepraszam, ale my nie jesteśmy rzeczami. – Wtrąciła się do rozmowy Liza. – Może byście zapytali się nas o zdanie? Nie mam racji?
- Nie. – Stwierdził krótko Dywgon.
- Nie ma czasu na kłótnie. ? Zdenerwował się Lambert. Milthar popatrzył na niego ze zdziwieniem. -Zróbmy to po swojemu.
Żaden z mężczyzn nie zauważył, że Liza nie czuje się najlepiej. Skryła twarz w rękach i zaczęła się lekko trząść jakby było jej zimno.
- Liz wszystko w porządku? ? Zapytał się z przejęciem porucznik.
Liza spojrzała na niego a Gabriel aż wzdrygnął się widząc jej przekrwione oczy i nie potwornie rozszerzone źrenice.
- Ruszajcie bez nas. ? Zwróciła się do Łowców. ? Nie zaatakują nas, jeśli wy będziecie żyć.
Łowcy byli zaskoczeni, ale nie mogli się sprzeciwić, coś w ich umysłach kazało słuchać się pani doktor.
-Dobra zostaniecie tu. – Rozkazał Milthar. – Na polanie będziecie mieli większe szanse. Nie uciekajcie, bo nie dacie rady. Ruszamy.
- Cholera mój plecak został pod lasem. – Lambert dopiero teraz to zauważył.
- Mój jest w lesie. – Dodał Milthar.
- Ale tam były… – Lambert nie dokończył. Jedno spojrzenie Milthara wystarczyłoby zamilkł.
- Ruszamy. – Rozkazał Milthar lekko podirytowany zachowaniem Lamberta.
Źródło: PodGK
Tagi:aktualności, opowiadanie