2
mar 10
Autor: Fallen | Kategoria: Mass Effect, Opowiadania
Wiecie jakie to uczucie mieć świadomość że zależy od ciebie życie paruset osób?
Nieciekawe.
Crossfire zaraz mi padnie. Przegrzałam go mocno, muszę robić coraz dłuższe przerwy pomiędzy kolejnymi seriami. Mam kilka granatów ale boję się je rzucać pod ziemią. Mogą pójść szalunki więc byłoby to cholernie ryzykowne. Zastanowię się nad tym jak nic innego nam nie pozostanie. Tymczasem strzelam. Marnie to widzę.
Gdy przyjmowałam tę robotę nikt nie wspominał o walkach z jakimś mechanicznym dziadostwem. To miała być zwykła, spokojna ochrona dochodowej kopalni. Właściciel szarpnął się na zawodowych żołnierzy. Na nas. Myślałam, że ma lekką paranoję – nikt nie atakował takich placówek. Teraz okazuje się, że sukinsyn wiedział co tu się kroi.
Obsługa dokopała się dzisiaj do jakiegoś szybu. Zapanowało ogólne zdziwienie. Jeden znawca na drugim, a każdy zgodnie twierdzi, że to dziewiczy teren i nikt tu nigdy niczego nie wydobywał. Ponadto badania nie wykazały żadnych luk, jaskiń, kominów.
Eksperci, psiamać.
Zabawa się zaczęła gdy po jakiejś godzinie z odkrytego szybu zaczęło coś wyłazić. Maszyny. Tyle zdołaliśmy usłyszeć przez komunikator od głównego inżyniera. Resztę zagłuszyły wrzaski. Chwilę potem z wszystkich głośników gruchnęło hasło: ewakuacja. Bajzel się zrobił nieziemski. Bieganina, połowa personelu pod ziemią, prawie cała ochrona na zewnątrz. Jakiś kretyn chciał podkładać ładunki w niższych tunelach by zablokować drogę robotom. Byłby to zrobił dopóki ktoś go nie uświadomił, że cała konstrukcja kopalni pójdzie w cholerę bez szalunków i belek nośnych w kolejnych szybach. Owszem, powstrzymałoby to napastników – grzebiąc przy okazji pod ziemią parę setek pracowników i niszcząc lądowiska na dachach budynków.
Więc posłano nas. Dostanie się do dolnych poziomów zajmuję chwilę gdy się jest na zewnątrz. Nasza grupa była akurat pod ziemią. Na szczęście ta kopalnia ma już niezbyt popularną formę drzewa – chodniki nie łączą się ze sobą, każdy jest pojedynczą odnogą od głównego korytarza. Zablokowaliśmy więc tylko ten jeden, najdalej jak się dało. Ustawiliśmy porzucone maszyny przy ścianach jako prowizoryczne barykady. I czekaliśmy. Niedługo.
Nie mam w zwyczaju komentować decyzji przełożonych ale tym razem gdybym dorwała głównego szefa z rozkoszą odstrzeliłabym mu łeb. Nie przysłał wsparcia. Spisał nas na straty. Co może tutaj zdziałać trzydzieści sześć osób? Ano może spowolnić te cholerne blaszaki. Spowolnić ale nie powstrzymać.
Okazało się, że jest ich po prostu dużo. Skipper nawijał przez interkom meldując co się dzieje na dole i pytając jak idzie ewakuacja cywili. A szła za wolno żeby się wycofywać. Więc zostaliśmy. Roboty okazały się inteligentne – ograniczały straty. Bądź ktoś sterujący nimi chciał ograniczyć straty. I chwała im za to. Maszyny nie parły po trupach do celu, ostrzeliwały się zza porzuconych pojazdów. Z tego co mogę stwierdzić to jakieś z grubsza humanoidalne roboty. Nie mam czasu się uważniej przyglądać. Z resztą co ja wiem o maszynach. Padają od pocisków? Padają. W chwili obecnej to najważniejsze. A nad tym czym są i skąd się tu wzięły zastanowię się później. Może.
Sprawdzam temperaturę karabinu. Jeszcze chwilka. Zaciskam dłoń na kolbie, palec wędruje na spust. Pieką mnie ręce. Kojarzycie może te książki o pięknych wojowniczkach, zabijających wrogów na setki, wyglądających wciąż kwitnąco? Jej oczy jak gwiazdy, skóra jedwabista, a włosy opadające miękką falą na ramiona i tak dalej? Zaczytywałam się w tym będąc dzieckiem.
Bzdury i pierdoły. Mam delikatną skórę, która jest oczywiście bardzo fajna gdy leżę z facetem w łóżku. Tyle że wystarczy dzień pracy w kurzu i babrania się wszechobecnym przy konserwacji wszelkiej broni smarem by skóra na dłoniach pękała i była zaczerwieniona. Włosy schowane w hełmie szybko się przetłuszczają, a po nieraz szesnastu godzinach w ciężkim pancerzu człowiek zwyczajnie marzy o kąpieli. Mój przyszły mąż nieraz mówi…
Cholera. Staram się o nim nie myśleć. Bardzo się staram. Mówię do siebie, rozwodzę się nad czymkolwiek byleby nie myśleć o tym najgorszym scenariuszu. W końcu ulegam pokusie, chowam się za jakiś buldożer czy co to właściwie jest i zerkam na ludzi za barykadą pod przeciwległą ścianą.
Nasza medyczka zakłada właśnie kolejne wkłucie mojemu narzeczonemu. Oberwał przed chwilą serią w klatkę piersiową i brzuch. Nie raz widziałam jak przyjmuje takie ataki, bywało, że sama dostawałam. Dlatego z doświadczenia wiem, że pancerz powinien to skompensować. Wiem to, tymczasem drobne ręce medyczki są usmarowane aż po łokcie krwią mojego faceta. Nie mam pojęcia czego te roboty używają ale jak widzę pancerz tego nie wytrzyma.
Obok mnie na ziemię upada jeden ze strzelców. Odruchowo, zgięta w pół rzucam się w jego stronę by mu pomóc. Zbyteczne. W jego głowie zieje dziura na dwa palce. Stężałe w pośmiertnym skurczu dłonie zaciskają się na karabinie, ale siłą odginam jego palce i zabieram broń. W innej sytuacji pomyślałabym, że hiena jestem ale mamy tutaj nóż na gardle więc czuje się rozgrzeszona. Właściwie nawet się nad tym nie zastanawiam. Ważne, że broń jest w lepszym stanie niż mój Crossfire.
Ostrzeliwuję się. Pod sufitem jest porządne, nowoczesne oświetlenie, ale co chwila jakaś lampa dostaje zbłąkanym pociskiem i rozsypuje się siejąc wokół szklanym odłamkami. Robi się coraz ciemniej i coraz gorzej nam celować. Z kolei za jasno by przejść na noktowizję. Rany, ale burdel…
Skipper ciągle na mnie zerka. Chce mieć czas na reakcje na wypadek gdybym znowu chciała biec na drugą stronę korytarza. Gdy mój przyszły mąż padł na ziemię niewiele myśląc próbowałam przeskoczyć za inną barykadę by się do niego dostać. Dowódca w ostatniej chwili złapał mnie za uchwyt ewakuacyjny na pancerzu i szarpnięciem przewrócił na plecy. Po czym obiecał, że jeżeli ruszę się ze stanowiska osobiście mnie zastrzeli. Nie zrobiłby tego, ale przyznaję że moje zachowanie było wyjątkowo głupie. Nie udałoby mi się przebiec te kilka metrów nie obrywając. Od pocisków i wyładowań energetycznych aż gęsto w powietrzu, nikt się nie przejmuje finezją.
Tak już mam, niestety. Nie potrafię walczyć gdy mój narzeczony jest blisko. Za bardzo się o niego boję. Zawsze unikaliśmy służby w tym samym oddziale, ale tym razem tak wyszło. Przyszedł ze mną pogadać podczas przerwy. A zaraz potem padł rozkaz zablokowania tuneli. Więc zabrał się z nami.
W sumie powinnam była zmienić grupę. Nasz dowódca też ma do mnie bardzo osobisty stosunek. Swego czasu był we mnie zakochany. Chyba coś z tych uczuć mu jeszcze zostało bo zwraca na mnie nadmierną uwagę. W tym fachu to niebezpieczne.
Znowu kulę się za pojazdem i czekam na ochłodzenie karabinu. W międzyczasie gestem próbuję przyciągnąć uwagę klęczącej przy moim chłopaku medyczki. Zauważa mnie i bezbłędnie odczytuje pytanie malujące się na mojej twarzy, wyrażone ruchem głowy w stronę rannego. Kobieta podnosi umazaną krwią dłoń z uniesionym do góry kciukiem. Zawahała się zanim to zrobiła. Czyli kłamie. Czyli jest źle. Niech one nie umiera, proszę. Niech nie umiera.
Zabiję tych sukinsynów. Czymkolwiek są, zabiję. Wychylam się zza osłony i ciągnę serią po rękach i głowach wrogów wystających z bocznych korytarzy i wyłaniających się by oddać strzał zza porzuconych maszyn. W momencie gdy wskaźnik temperatury osiąga maksimum coś uderza we mnie i odrzuca kilka metrów w tył.
Wiecie jakie to uczucie dostać w klatkę piersiową wyładowaniem energetycznym z broni o której istnieniu nie mieliście nawet pojęcia?
Bolesne.
Przebudzenie nie należało do przyjemnych. Leżę na boku za naszą prowizoryczną barykadą. Ból rozrywa mi płuca, obejmuje brzuch utrudnia oddychanie. W ustach czuję smak krwi. Przed oczami, na wyciągnięcie ręki mam swój porzucony karabin. Wskaźnik temperatury wskazuje lekkie przegrzanie, tak więc byłam nieprzytomna tylko chwilę. Z wysiłkiem przekręcam trochę głowę i spoglądam dalej.
Medyczka wykonuje na moim narzeczonym masaż serca. To stara szkoła. W tych warunkach to właściwie akt desperacji. Szczególnie przy ranach klatki piersiowej. Z pod wpół przymkniętych powiek obserwuję jak kobieta powoli opuszcza ręce. Sięgnęła po leżący obok karabin i dołączyła do strzelających.
To koniec. Cholera, chcieliśmy wycofać się z czynnej służby. Przyjechaliśmy tutaj żeby odłożyć pieniądze na ślub i na życie. To nie miało skończyć się śmiercią. Z resztą wszystko jedno. Ja też zaraz umrę. Mam obrażenia wewnętrzne. Krwotok, uszkodzone organy. Może wyszłabym z tego gdyby ktoś natychmiast położył mnie na stół operacyjny, otworzył i wykonał kilkunastogodzinną operacje.
Dowódca klęka przy mnie i wkłuwa mi się w szyję. Kątem oka widzę ruch jego ręki gdy kciukiem naciska tłok strzykawki. Stara, dobra morfina. Czy coś w tym guście.
Skipper coś do mnie mówi. Skupiam się na jego słowach, co okazuje się niezwykle trudne. Ewakuacja skończona? Wycofujemy się?
Wycofujcie się.
Nie patrz tak na mnie. Ja i tak umrę. Zaraz się utopię we własnej krwi. Nawet jeśli mnie wywleczecie z tej kopalni, do najbliższego szpitala mamy kilka godzin. Nie dam rady.
Nie pierdziel, że mnie nie zostawisz. Trzeba to zostawisz. Zabierajcie się. Nie ma sensu żebyśmy wszyscy umierali. Spadajcie. I daj znać jak już odlecicie. Wysadzę ten tunel. Mam gdzieś co konsorcjum sobie pomyśli. Daj mi wszystkie klocki i wynoście się.
Klocki. Tak mówimy na ładunki używane w tej kopalni do wysadzania skał. Przekochane cudeńka. Wystarczy spiąć kilka kabelkami i zależnie od ilości siła wybuchu się kumuluję. Małe, niezawodne, odpalane ręcznie a eksplozje jakie powodują to uczta dla oczu. Wyłudzaliśmy je od inżynierów przy każdej okazji i bez okazji.
Dowódca dał się przekonać. Wydaje rozkazy, a ktoś spina ładunki kablami i podłącza do nich zapalnik. Następnie umieszczają cały pakiet w moich ramionach. Przytulam ładunki do piersi. Środki znieczulające działają, ból czai się gdzieś na granicy świadomości. Staram się nie myśleć o moim narzeczonym. Zamiast tego obserwuję oddział.
Czekają na odpowiedni moment. Do obrony wybraliśmy miejsce zaraz za załomem korytarza, blisko głównych wind. Muszą przebiec kilkanaście metrów a później jeszcze kilkadziesiąt do dźwigów. Na szczęście mają bezpośrednie połączenie z dachem. Później załadują się do transporterów i odlecą. Zapewne do najbliższego miasta które jest kilkanaście kilometrów stąd. Zajmie im to parę minut. Mam nadzieję że za ten czas nikt mnie nie zastrzeli.
Pada rozkaz. Zza naszych barykad lecą granaty dymne, zaraz za nimi termiczne, oszukujące podczerwień. Cały oddział wycofuje się szybko strzelając na oślep w stronę przeciwników. Po kilku sekundach znikają mi z oczu.
Nasłuchuję. Roboty czekają aż przerzedzi się dym i wyzwalające ciepło granaty przestaną działać. Nie ruszą do przodu na wypadek min które mogli zostawić nasi. Standard. Ja też bym czekała. Wdepniesz w coś w dymie i po tobie.
Czekam. Ogarnia mnie senność. Ta dawka środków przeciwbólowych którą dostałam była chyba za duża. Mrugam gwałtownie usiłując zachować przytomność. Tulę do siebie ładunki, czekając na sygnał. Słyszałam że kiedyś na Ziemi kobiety dokonywały zamachów odpalając ładunki ukryte pod ubraniem. Pas szahidki, tak to się chyba nazywało. No cóż, niewiele się teraz od nich różnię.
Dym się przerzedza. Słyszę jak się zbliżają. Min nie mieliśmy więc drogę mają czystą. Mam tylko nadzieję, że wezmą mnie za trupa. Jeżeli ktoś strzeli mi w głowę nie zdążę nawet nacisnąć zapalnika. Swoją drogą od kiedy tak spokojnie podchodzę do śmierci? Chyba przestałam się jej bać kilka minut temu. Gdy umarł mój chłopak. No tak, po traumatycznych wydarzeniach ma się ponoć skłonności samobójcze. Te kroki które słyszę, sposób w jaki tupią przypominają mi taką melodię… Jeju, ale mam odjazd po tych dragach. Gdyby sytuacja nie była taka tragiczna miałabym niezłą zabawę.
Interkom się odzywa. W zapadłej nagle ciszy brzmi niemal jak krzyk. Odlatujemy. Odpalaj.
Więc odpalam.
Wiecie jakie to uczucie być rozerwaną przez cholernie mocny ładunek wybuchowy ze świadomością, że pogrzebiesz przy okazji pod tonami ziemi wrogów którzy przed chwilą zabili mężczyznę twojego życia?
W tej sytuacji całkiem przyjemne.
Autor: Katarzyna Lurka
Źródło: PodGK
Tagi:aktualności, konkurs, Mass Effect, Mass Effect 2, opowiadanie
Super opowiadanie! Nie dziwię się że wygrało :D
Powodzenia w dalszej karierze pisarskiej dla autorki!