Pod Grzechoczącymi Koścmi

Strona główna

MENU

SONDA

20

Lut 10

W pełni

W pełnie księżyca krew wydaje się czarna jak smoła. W zamarzniętą ziemie wsiąka
powoli. Milthar wiedział o tym od dawna. Od wielu lat… Od wielu bitew. Zawsze było tak
samo. Choć odnosili zwycięstwa porażka była nie unikniona. Zagłada była już blisko. Tak
mówili starsi.

Milthar rozejrzał się. Wszędzie były ślady walki. Zryta ziemia. Ślady łap.
Wnętrzności. Czasem ręka. Czasem noga. Fragmenty ciał. I wszędzie krew… Czarna jak
smoła.
– Uciekaj. – szept dochodził zza przewróconego drzewa.
Rozpoznał ten głos. Po mimo bólu w przebitym ramieniu ruszył w tamtym kierunku.
Za drzewem leżała Luara. Raczej to, co z niej zostało.
– Powiedziałam uciekaj. – Wyszeptała.
Milthar patrzył zimnym wzrokiem. W tej jednej chwili coś w nim umarło. Jakaś jego
część. Jej oczy gasły. Chciał coś powiedzieć. Tylko, co? Żegnaj? Nawet cały dzień nie
wystarczyłby mu na powiedzenie tego, czego chciał. Wiedział, co za chwile się stanie. Jedyna
rzecz, której się bał właśnie nadchodziła. Kiedy zamknęła przekrwione oczy stało się…
Został sam na świecie. Jedyny, który ocalał z watahy. Nawet nie wiedziała, że już nie ma,
przed czym uciekać.
Podniósł jej ciało i zawył do księżyca. Jego głos rozniósł się po całej dolinie.
Lekki wiatr potargał wrzosowiska. Milthar siedział na szczycie niewielkiego
wzniesienia. Wyszeptał zaklęcie i rzucił sproszkowane ziele przed siebie. Wiatr rozwiał je ni
doleciało do trawy.
– Spełniliśmy przysięgę matko. Jestem jedyny, który może ci to przekazać. Teraz rozumiem
moje przeznaczenie. Rozumiem całe cierpienie, które musiałem doświadczyć. Będę czekał na
twój znak, aby znów stanąć do walki w twym imieniu i w twej obronie. Żegnaj matko
wszystkiego.
Milthar dotknął czołem ziemi i powoli wstał. Ciężar, jaki miał teraz na duszy był
potworny. Myślał, że spełnienie przysięgi uwolni go, lecz tak nie było. Przez całe życie od
kont zrozumiał czy jest miał cel. Wiedział, czego pragnie. Wiedział, co ma robić by to
osiągnąć. Wszystko wydawało się czarne lub białe i w pewnym sensie proste. Przede
wszystka czuł się potrzebny.
Kiedy jego wataha odniosła ostateczne zwycięstwo cały jego świat runął. Czuł się nie
potrzebny. Tak jakby umarł i tylko z przyzwyczajenia nadal chodził i oddychał. Milthar nie
czuł się jak, zwycięsca ale jak ofiara.
Ludzie to dziwny gatunek. Trudno go zrozumieć wszędzie widać słabe osobniki a
nigdzie drapieżników. Przecież miasto to raj. Oczywiście nie dla istot lubiących naturę tak jak
Milthar. W mieście można upolować wiele zdobyczy od jakiegoś pijaka po prawnika.
Przecież nawet zdrowy człowiek jest tak łatwy do upolowania. Milthar nie mógł się nadziwić
jak ci wszyscy ludzie jeszcze nie zostali zjedzeni.
Po czasie wilkołak zaczął rozumieć. Ludzie sami dla siebie są ofiarami i łowcami.
Jednak ich w miarę nie krwawy system selekcji naturalnej przypadł do gustu Milthara. Ludzie
nie polują na zwierzęta czy na siebie nawzajem. Oni polują na pieniądze, które są cenniejsze
od mięsa. Ich świat jest bardziej bezwzględny, lecz zwycięstwo daje o wiele większą
satysfakcje. Ludzkie miasto wciąga. Jest cuchnące i brzydkie, ale daje o wiele większe
możliwości wytrawnemu łowcy.
Milthar szybko zaczynał się orientować w zwyczajach miejskich. Najbardziej
podobała mu się dzielnica tak zwanej biedoty. Tu ludzie wydawali się bardziej groźni. Byli
silni i brutalni. Wilkołak ze zdziwieniem odkrył podobieństwo ludzkiej watahy do watahy
garou. W języku miejskim nazywano taką watahę gangiem. Przynależność do grupy była
potrzebna młodemu łowcy. O dziwo jego nowa grupa bardzo szybko go zaakceptowała.
Życie w gangu dawało Miltharowi zastrzyk adrenaliny, której tak bardzo mu
brakowało. Choć niektóre zwyczaj nadal były mu obce czuł się w mieście coraz bardziej
pewnie. Najbardziej podobały się mu pojazdy zwane samochodami. Znał je wcześniej, lecz
teraz umiał się nimi posługiwać. Podobało mu się, że może poruszać się tak szybko bez
zmęczenia. Dreszczyk emocji, który odczuwał był nie do zapomnienia. Szybko poznał
znaczenie jeszcze innej watahy ludzkiej zwanej mafią.
– Pamiętasz, co masz robić? – Spytał się, Artktus.
Milthar nie odpowiedział. Przeładował tylko karabin i wyskoczył z samochodu. Broń
palna zaczynała się mu podobać. Nie wiedział, dlaczego przecież była głośna i śmierdziała
przy wystrzale. Milthar czuł, że się zmienia. Nie był tym samym wilkołakiem, co kiedyś. Żył
ukrywając swoją prawdziwą naturę. Czuł też, że musi skończyć z życiem, które prowadzi
teraz. Potrzebował zmian. Po prostu się nudził.
Sala była wypełniona gośćmi weselnymi. Milthar bez trudu zlokalizował swój cel. Do
zabicia człowieka potrzeba nie wiele ołowiu. Lecz Milthar lubił mieć pewność, że dobrze
wykonał polecenie.
Lampa świeciła po oczach. Ból w krzyżu był okropny. Czuł, że ma krew w ustach.
Spojrzał do góry. Chciał wreszcie zobaczyć gdzie jest. Cios w twarz znów pokrzyżował mu
plany. Denerwowało go to, że ludzie czasem nie mogą przyjąć oczywistych rzeczy do
wiadomości. Typowe było to, że nie mogą zrozumieć, dlaczego kij bejzbolowy nic mu nie
robi. No chyba, że używa go naprawdę silny człowiek. Ten, który bił go teraz wyglądał jak
cień. No cóż ludzie to słaba rasa. Milthar próbował się wydostać, lecz nie mógł. Miał zawroty
głowy i polało go jakoś dziwnie ramie.
– Zostaw go Bill to ma wyglądać na wypadek. – Głos dochodził gdzieś zza pleców Milthara.
– Frans znów chcesz go naszprycować tym świństwem? Przecież dostał dawkę jak dla konia.
– Odpowiedział chudzielec.
– Trudno nie mam zamiaru go wieść przytomnego w bagażniku przez centrum miasta.
Milthar poczuł ukucie. Bolesne. Przed oczami zaczęło robić się ciemno, co raz
ciemniej. Ostatnim, co usłyszał było uderzenie o podłogę.
Milthar obudził się w szpitalu. Był zmęczony i bardzo bolała go głowa. Szybko
odzyskiwał pamięć po wczorajszym przesłuchaniu. Pamiętał, że się zgodził, ale nie pamięta,
na co. W głowie powtarzało mu się ciągle jedno słowo:program ochrony świadków”, lecz
John nie mógł sobie przypomnieć, co to może znaczyć.
Lekki wiatr powiał od pustyni. Milthar poprawił przeciw słoneczne okulary na nosie.
W słuchawce zabrzmiał znajomy głos Anny.
– Obiekt schodzi do limuzyny. John przejmujesz go.
– Zrozumiałem limuzyna już czeka. – Odpowiedział.
Życie wśród ludzi to ciekawe doświadczenie. Bardzo szybko można zmienić rolę, w
jakiej się znajduje człowiek lub jak w tym wypadku garou. Nowa praca dawała dużo radości
bo była ciekawa i ekscytująca.
– Miliardo? Londyn? Może być. – Stwierdził sam do siebie Milthar bardzo
podekscytowany. Szukanie pracy było ciekawsze niż mógł przypuszczać.
Oczywiście, aby odzyskać wolność od programu ochrony świadków musiał dużo
namieszać, lecz teraz był wolny. Dopiero wśród ludzi zrozumiał, czym jest wolność. Musiał
się ukryć, lecz traktował to jako przygodę. Wiedział, że po pewnym czasie i tak będzie musiał
zmienić pracę gdyż ta znudzi mu się tak jak wszystkie poprzednie. Nie wiedział jak bardzo się
myli. Nowa praca miała mu przypomnieć to czym jest.




1 Star2 Star3 Star4 Star5 Star (No Ratings Yet)
Loading...
Współpracujemy
Q-workshop EA Polska Fabryka Słów Wydawnictwo Portal Cenega Kuźnia Gier